Podwodna architektura na fali

Podmorscy architekci projektują zanurzone w wodzie domy, stacje badawcze, muzea i obiekty wojskowe.

Sea_Orbiter_Jacques_Rougerie

Ian Koblick przyznaje, że jego podwodny hotel raczej nie zadowoli miłośników luksusu. Otwarty w 1986 roku Jules’ Undersea Lodge to przerobione laboratorium badawcze. Ma trzy klaustrofobiczne pomieszczenia, urządzone wygodnie, ale bardzo skromnie. Kiedyś Koblick badał stamtąd szelf kontynentalny u wybrzeży Puerto Rico. Dziś zakotwiczony kilka metrów pod powierzchnią oceanu obiekt jest już mocno przestarzały, ale ma wszystko, czego potrzeba gościom podczas krótkiego pobytu, badaczom zaś dostarcza okazji do eksperymentowania. W 2014 roku para amerykańskich nauczycieli ustanowiła tam rekord czasu spędzonego pod wodą – 73 dni.

Jules’ Undersea Lodge jest nie tylko pierwszym, ale i jedynym na świecie w pełni podwodnym hotelem. Chociaż Koblick razem z partnerem zaprojektował znacznie większy od obecnego obiekt z restauracją – na którym, jak twierdzi, dałoby się zarabiać – nikt nie chciał zrealizować tego pomysłu. Projektów, które nie doczekały się urzeczywistnienia, jest zresztą więcej.

Chyba najbardziej spektakularnym był Poseidon Undersea Resort. Hotel powstawał od 2001 roku na Fidżi. Chęć zamieszkania w obiekcie z podwodnym widokiem na rafę koralową, wyposażonym w bar, restaurację, bibliotekę, salę konferencyjną, siłownie, spa i kaplicę, wyraziło 150 tys. osób. Ale jakkolwiek planowali architekci, a menedżerowie kalkulowali, budżet nijak nie chciał się dopiąć. Nie udało się też zrealizować monumentalnego Hydropolis, zaprojektowanego przez Joachima Hausera, ani wielu planów budowy podmorskich apartamentowców.

Lepiej na wodzie niż pod wodą

Prof. Lech Rowiński, specjalista od budowy okrętów z Politechniki Gdańskiej, wyjaśnia, że stało się tak, ponieważ w podwodnej architekturze starano się dotąd stosować „lądowe” rozwiązania i technologie budowlane. „Nie zapewniało to bezpieczeństwa i możliwości przeglądów stanu konstrukcji, nie mówiąc o prowadzeniu napraw i remontów” – twierdzi. Obiekty na stałe zakotwiczone pod wodą są koszmarnie kłopotliwe w utrzymaniu. Byle wymiana okna wymaga odcięcia i zalania całego pomieszczenia, usuwanie z nich odpadów może być szkodliwe dla środowiska, a ewentualna ewakuacja byłaby trudna do przeprowadzenia.

Inżynierowie zrozumieli, że taniej i bezpieczniej jest budować habitaty tylko częściowo zanurzone w wodzie. Nowy trend w podwodnej architekturze to pływające budynki o modułowej konstrukcji z niektórymi elementami zanurzanymi na stałe albo czasowo. Jak wyjaśnia prof. Rowiński, obiekty mieszkalne będą funkcjonowały jak długookresowo zakotwiczone statki i w razie konieczności można je będzie przestawiać z miejsca na miejsce. Jeśli zaś chodzi o hotele, raczej pozostaną na lądzie, a podwodne pomieszczenia będą tylko ich dodatkową atrakcją.

Według tej koncepcji w Katarze ma ruszyć budowa Amphibious 1000 – hotelu zaprojektowanego przez włoskiego architekta Giancarlo Zemę. Kompleks, który ma być gotowy w 2022 r.,zostanie podzielony na część lądową i morską z akwariami i morskimi obserwatoriami. Oprócz 75 luksusowych pokoi ponad wodą będzie miał 80 pływających, wyposażonych w podwodne kabiny.

Zdaniem Iana Koblicka tego typu koncepcje mają szanse powodzenia, chociaż i tutaj trzeba rozwiązać pewne problemy. Koblick konsultował program budowy pływających willi, nazwanych konikami morskimi, które mają być elementem wyspiarskiego kompleksu „Serce Europy” w Dubaju. Mieszkańcy domów sami zdecydują, czy chcą mieszkać nad, czy pod poziomem fal. „Tylko że na razie nie wiadomo, jakie będą tam zabezpieczenia, kto będzie mył szyby, jak będą usuwane ścieki i skąd będzie się brała elektryczność” – wylicza Koblick.

Newralgicznym punktem takich konstrukcji jest granica między morzem a powietrzem. „Największym zagrożeniem jest falowanie, szczególnie w przypadku sztormu” – mówi prof. Rowiński. Jak dodaje, w jego projekcie udało się ten problem rozwiązać.

Podmorskie UFO z Polski

Ów projekt, zwany Water Discus Hotel, powstanie na Malediwach, a jego wizualizacje przypominają UFO. Water Discus ma zostać zbudowany technologią stoczniową: główny materiał konstrukcyjny to stal, zastosowane zostaną rozwiązania znane z akwariów i okrętów podwodnych. Będzie się składał z dwóch dysków. Większy, opierający się na przynajmniej trzech nogach, ma stale pozostawać nad wodą. Mniejszy będzie mógł się zanurzać na głębokość do 10 m. Platformy mają być połączone pionowym szybem komunikacyjnym. Przed zgubnymi skutkami sztormów konstrukcja będzie chroniona dzięki temu, że dolny dysk będzie mógł silnie przyssać się do dna lub specjalnego fundamentu. W ten sposób hotel zostanie skutecznie unieruchomiony. W razie potrzeby będzie go można odcumować i przeholować w inne miejsce. Koncepcję stara się wypromować mieszcząca się w Gdyni spółka Deep Ocean Technology, której prof. Rowiński jest współzałożycielem.

Water Discus Hotel ma mieć 44 pokoje, z czego połowę pod wodą. W razie potrzeby dolny dysk będzie się mógł obracać wokół osi lub awaryjnie wynurzać. Kompletny obiekt będzie ważył ok. 5–6 tys. ton, a najprostsza wersja kompleksu ma kosztować 35–45 mln dolarów. Wariant hotelowy ma zostać wyposażony w kamery obserwujące podwodny krajobraz i drony pełniące podobną funkcję. Firma chce sprzedawać swój projekt głównie w krajach tropikalnych, gdzie pod wodą jest co oglądać – najatrakcyjniejszymi lokalizacjami są rafy koralowe na Bliskim Wschodzie, Australii i na Karaibach.

Na należącej do Malediwów wyspie Kuredhivaru od przeszło roku powstaje hotel Zen Resort. „Po jego wybudowaniu mamy przystąpić do realizacji hotelu podwodnego, który będzie uzupełnieniem oferty lądowej” – mówi Krzysztof Koniuszaniec, kierownik projektu z Deep Ocean Techology. Choć na Malediwach istnieją już podmorskie restauracje, a część hoteli proponuje gościom podwodne pokoje, polska firma oferuje rozwiązanie na znacznie większą skalę i ma typowo biznesowe podejście do sprawy. Zdaniem Krzysztofa Koniuszańca Water Discus pozostanie raczej dodatkiem do nadmorskich hoteli. „Kiedyś atrakcją i uzupełnieniem oferty był basen, dziś jest nią spa. Liczymy na to, że kolejną będą podwodne pokoje. Mogłoby to podnieść ich cenę nawet dwukrotnie” – przekonuje. Dostawienie zanurzających się w falach obiektów mogłoby pomóc zwłaszcza tym hotelom, które nie mogą już się rozbudowywać na lądzie. Deep Ocean Technology zamierza postawić swój obiekt także w Dubaju.

Pływające muzeum i centrum nauki

Jednak pierwszy prototyp, który ma przekonać  inwestorów do nowej technologii, za kilka lat może stanąć w Gdańsku.

Miałoby tam powstać m.in. podwodne centrum wystawiennicze, sale konferencyjne i zaplecze naukowo-badawcze dla pomorskich firm
i uczelni. Miasto chciałoby umieścić tam morski oddział Hewelianum – trójmiejskiego centrum nauki. „Water Discus byłby odpowiednikiem wrocławskiego Afrykarium. Przebilibyśmy Warszawę z jej Centrum Nauki Kopernik, a przy okazji pomogli naszemu startupowi zaistnieć z najwyższej klasy innowacyjną technologią” – mówi wiceprezydent Gdańska Andrzej Bojanowski. W planach jest zbudowanie zbiornika hodowlanego dla morskich zwierząt i roślin. Platforma z pomieszczeniami mogłaby się w nim zanurzać, co gwarantowałoby znacznie lepsze widoki niż te, które oferuje „zwykły” Bałtyk.

Naukowcy chcący badać głębiny czekają jednak na bardziej zaawansowane rozwiązania. Większość podmorskich laboratoriów zbudowanych w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat dawno zakończyła żywot. Dlatego we Francji powstaje SeaOrbiter – potężny statek wymyślony przez architekta Jacques’a Rougerie, porównywany do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

Zbudowana ze specjalnego stopu aluminium, zasilana energią słoneczną stacja badawcza pozwoli na długoterminowe obserwacje oceanów.

SeaOrbiter będzie miał 50 m wysokości. Większość pomieszczeń stale będzie się znajdowała pod wodą. Podążając z oceanicznymi prądami statek będzie podróżował latami. 22-osobowa załoga dostanie do dyzpozycji drony i laboratoria, które pomogą w odkrywaniu nowych form życia, badaniach dna morskiego i poszukiwaniu zatopionych artefaktów. Jednostka zajmie się też wpływem oceanów na klimat.

Nie brakuje bardziej szalonych pomysłów. Sub-Biosphere 2 to częściowo podwodne miasto, zaprojektowane przez brytyjskiego futurystę Phila Phauleya. Miałoby stanowić zamknięty ekosystem i udowodnić, że ludzie mogą na stałe zamieszkać w oceanach. Phauley jest też autorem koncepcji pływających elektrowni, które do produkcji energii mają wykorzystywać jednocześnie światło słoneczne i pływy morskie.

Obrona wybrzeża i morskie górnictwo

Podwodnymi konstrukcjami interesuje się armia. „Polska Grupa Zbrojeniowa poprosiła nas
o opracowanie koncepcji obiektu militarnego – bazy szkoleniowej nurków bojowych. Może to być wysunięta placówka w akwenie morskim” – mówi Krzysztof Koniuszaniec z Deep Ocean Techology. Takie konstrukcje, oparte na koncepcji Water Discus, mogłyby też służyć do ochrony wybrzeża i światowych szlaków morskich.

Niektóre z technologii wykorzystywanych w unoszących się na wodzie budynkach mogą
się przydać także firmom, które w przyszłości chcą eksploatować podmorskie złoża minerałów. Chodzi o tzw. konkrekcje polimetaliczne, czyli rozsypane na dnie oceanów kuliste konglomeraty rzadkich metali. Ich światowe zasoby są szacowane na 90 mld ton. Dzisiaj nie opłaca się ich eksploatować, ale za kilka lat może się to zmienić.

Konsorcjum InterOceanMetal z siedzibą w Szczecinie ma licencję na badanie złóż konkrekcji. Prof. Rowiński projektuje dla niego autonomiczne głębinowe pojazdy wydobywcze.

Technologie podobne do Water Discus można byłoby z kolei wykorzystać w morskich bazach górniczych. Na jakich zasadach zasoby oceanów będzie można wydobywać, okaże się, gdy powstanie morski kodeks górniczy. Pewne jest, że ta nowa gałąź gospodarki spowoduje rozwój oceanicznej architektury, a polskie technologie mogą odegrać w niej znaczącą rolę.

Jednak ani gigantyczne złoża mineralne, ani względy militarne nie zmuszą ludzi do stałego zamieszkania pod wodą. „Jedynym możliwym powodem, dla którego ludzie mogliby żyć w głębinach, wydaje mi się akwakultura. Gdybyśmy znaleźli morskie zwierzę albo roślinę, które byłoby dobrym źródłem pożywienia, wtedy być może opłacałoby się hodować je na dnie i żyć w podwodnych habitatach” – mówi Ian Koblick. Niewykluczone jednak, że – tak jak w wielu innych dziedzinach – lepszym rozwiązaniem okaże się wówczas wykorzystywanie autonomicznych robotów.

Ludzie są zwierzętami z natury lądowymi  i lepiej, żeby tak już zostało.


Tekst po raz pierwszy ukazał się w magazynie Focus. 

© Tomasz Augustyniak, 2015

Advertisements