Wojujący buddyzm na Sri Lance

Wojujący buddyzm zyskuje na Sri Lance coraz więcej sojuszników. Mnisi w szafranowych szatach walczą jednak nie na rzecz religii, tylko w obronie własnych interesów

Aluthgama, południowa Sri Lanka, czerwiec ubiegłego roku. Na wiecu zorganizowanym przez organizację Bodu Bala Sena wrze. Jeden z jej przywódców, mnich Galagoda Aththe Gnanasara, rzuca antymuzułmańskie hasła. Kilka dni wcześniej samochód, którym podróżował buddyjski duchowny, został zaatakowany przez dwóch młodych wyznawców islamu. – Ciągle mamy w tym kraju syngaleską policję, mamy syngaleskie wojsko. Odtąd, jeśli jakikolwiek muzułmanin albo inny obcy tknie Syngaleza, to będzie jego koniec! – krzyczy duchowny.

Tłum jest wzburzony. Część uczestników wiecu przyjechała z zewnątrz, niektórzy są uzbrojeni. Kiedy Gnanasara kończy mówić, rozwścieczeni ludzie ruszają w stronę osiedli zamieszkałych przez muzułmanów, wznosząc antyislamskie hasła. Obrzucają domy kamieniami, wyciągają przerażonych ludzi z autobusów. Wkrótce płoną splądrowane muzułmańskie sklepy. Na wyspie wybuchają największe od lat starcia religijne. Żeby je ugasić, trzeba użyć gazu i wprowadzić godzinę policyjną. Bilans walk: kilka zastrzelonych osób i kilkadziesiąt rannych. Zachodni świat ze zdumieniem patrzy na nowe dla siebie zjawisko – agresywny, nacjonalistyczny buddyzm.

Buddyjska siła

Choć w Europie buddyzm nie kojarzy się z nacjonalizmem i agresją, to w Azji czasami idzie z nimi w parze. Ruchy nacjonalistyczne, które usprawiedliwiały przemoc koniecznością osiągnięcia wyższego dobra, pojawiły się na kolonialnym Cejlonie już w XIX wieku. Po odzyskaniu niepodległości w 1948 roku radykalni buddyści starali się o przywileje dla siebie i uznanie wyspy za czysto buddyjską. Kiedy premier Solomon Bandaranaike zaczął działać wbrew interesom kleru, w 1959 został zastrzelony przez buddyjskiego mnicha. Duchowni wywalczyli ostatecznie dla swojej religii nadrzędną pozycję, którą zagwarantowała konstytucja z 1978 roku.

Syngaleski nacjonalizm przybrał jeszcze na sile w czasie 26-letniej wojny domowej, ale mnisi zaczęli się bezpośrednio angażować w politykę dopiero na przełomie XX i XXI wieku. W 2004 roku założyli Partię Narodowego Dziedzictwa (Jatika Hela Urumaya, JHU), która w kraju, gdzie buddyzm wyznaje trzy czwarte mieszkańców, miała za zadanie chronić tę religię przed zakusami obcych. To z niej wywodzi się Bodu Bala Sena (BBS), której nazwę można przetłumaczyć jako „Brygady Buddyjskie” albo „Buddyjską Siłę”.

Organizacja powstała w 2012 roku, trzy lata po wygranej przez stronę rządową wojnie domowej z wyznającymi hinduizm tamilskimi separatystami. Zapowiada duchowe odrodzenie buddyzmu, podkreślając, że Sri Lanka powinna być krajem syngaleskim i buddyjskim, nie zaś wieloetnicznym i wieloreligijnym. Galagoda Aththe Gnanasara wielokrotnie opowiadał się przeciwko demokracji i ostrzegał przed muzułmańskim i chrześcijańskim fundamentalizmem, zarzucając przedstawicielom tych religii, że starają się nawracać Syngalezów. Mimo dominacji religii buddyjskiej w życiu publicznym, BBS domaga się dla niej jeszcze większej roli. Od początku w jej wiecach biorą udział tysiące mnichów i dziesiątki tysięcy świeckich.

W obronie interesów

Niemal rok przed wydarzeniami z Aluthgamy prowadzony przez mnichów tłum obrzucił kamieniami meczet w Kolombo, domagając się jego przeniesienia. Agresywni buddyści demolowali też protestanckie kościoły. Galagoda Aththe Gnanasara był dwukrotnie aresztowany pod zarzutem wzniecania nienawiści religijnej i brania udziału w nielegalnych zgromadzeniach, podczas gdy jego zwolennicy otwarcie nawoływali do przemocy. Przekonują współwyznawców do bojkotu muzułmańskich sklepów i towarów, rozpowszechniają antyislamską propagandę w internecie i obrażają buddystów wiążących się z wyznawcami innych religii.

Na pytania dlaczego to robią, odpowiadają, że czują się zagrożeni. – Chociaż w kontekście lankijskim buddyści są większością, to w globalnym pozostają w mniejszości. Musimy bronić naszej religii i samych siebie – mówił w telewizji Al-Dżazira Dilantha Withanage, jeden z liderów organizacji. Takie stanowisko może być reakcją na powiększającą się rolę islamu na świecie i wywodzący się z Bliskiego Wschodu terroryzm. Jednak żaden z krajów w których dominuje buddyzm, gdzie wyznawcy Allaha są liberalni i pokojowo nastawieni, nie jest bezpośrednio zagrożony islamskim ekstremizmem.

Nirmal Dewasiri, historyk z Uniwersytetu w Kolombo, uważa, że prawdziwych przyczyn należy szukać gdzie indziej. – Syngalescy biznesmeni są antyislamscy, bo wyznający tę religię konkurenci często radzą sobie na rynku lepiej od nich – mówi. Z kolei radykalni mnisi podgrzewają emocje, bo potrzebują nowych wrogów, żeby utrzymać swoje wpływy. – Po wojnie domowej powstała ideologiczna próżnia. Nastroje skierowane przeciwko Tamilskim Tygrysom nie mogły być już eksploatowane, pojawiły się więc slogany antymuzułmańskie – wyjaśnia Dewasiri.

Zawstydzający spektakl

Raisa Wickrematunge, lankijska dziennikarka, była zdumiona, kiedy mnisi po raz pierwszy pokazali swoją brzydszą twarz. – Nie wiedzieliśmy, jak zareagować. W jednym redakcjach mówiło się, że lepiej wcale o tym nie pisać, żeby nie promować wypaczonej wersji buddyzmu. Inni byli zdania, że trzeba informować ponad wszystko – opowiada. Jak dodaje, również policjanci nie wiedzieli, jak się zachować. Każdy buddysta ma od dziecka wpajany wielki szacunek dla mnichów. Kiedy ubrani w szafranowe szaty mężczyźni zaczęli budować na ulicach barykady i wykrzykiwać nienawistne hasła, mundurowi początkowo bezczynnie się im przyglądali.

Grupy pokojowo nastawionych buddystów dały już znać o swoim niezadowoleniu, oskarżając BBS o kompromitowanie religii, która nie zaleca używania przemocy. Nie podoba im się, że mnisi wychodzą na ulice i wdają się w przepychanki. Od poglądów radykałów odcina się też część kleru. Ci argumentują wprawdzie, że stosując przemoc walczą o wyższe dobro, ale ich przeciwnicy obawiają się, że wizerunek buddyzmu jako religii pokoju, przebaczenia i umiarkowania zostanie raz na zawsze pogrzebany.

Lokalna anglojęzyczna gazeta „Sunday Observer” pisała niedawno o „zawstydzającym spektaklu z mężczyznami w żółtych szatach walczącymi na ulicach, wspinającymi się na barykady i ścierającymi się z policją”. Krytykowała też ignorancję działaczy BBS. Jeden z nich twierdził, że Budda urodził się i żył na Sri Lance, choć istnieją twarde historyczne dowody, że pochodził z dzisiejszego Nepalu, a nauczał na terenie Indii. Zdaniem autorów takie działania szkodzą buddyzmowi.

Jego wojowniczy odłam w najlepsze rozwija się nie tylko na Sri Lance, ale również w krajach takich jak Tajlandia
i Birma. Mnisi starają się tam odgrywać ważną rolę w bieżącej polityce, chcąc zabezpieczyć swoje interesy w sekularyzującym się społeczeństwie. Coraz częściej wychodzi jednak na jaw wystawne życie duchownych i przypadki nadużyć seksualnych w klasztorach.

Ostatecznie przyszłość tej religii zależy od azjatyckich społeczeństw. Mogą pójść albo drogą unitaryzmu, ignorując interesy mniejszości i powiększając wpływy buddyzmu, albo postawić na pokojowe współistnienie wielu narodowości i religii.

Tekst ukazał się na portalu Wirtualna Polska.

© Tomasz Augustyniak, 2015

Wcześniej na podobny temat pisała też Paulina Wilk w Polityce.

Advertisements