ISIS szuka terrorystów w Azji Południowej

Fundamentaliści religijni z Pakistanu, Afganistanu i Państwa Islamskiego próbują przekonać indyjskich muzułmanów do wstępowania w swoje szeregi. Jeśli im się uda, terroryści mogą zyskać potężne wsparcie i znowu wziąć na celownik miasta nad Gangesem.

W Indiach żyje druga liczebnie społeczność muzułmańska na świecie – więcej wyznawców islamu ma tylko Indonezja. Choć tutejsi muzułmanie są stosunkowo liberalni, to stają się coraz bardziej sfrustrowani dominacją hinduistów i częściej dołączają do organizacji terrorystycznych. Władze zaczynają się obawiać powtórki krwawych zamachów, których islamiści dokonali w 2008 roku zabijając kilkaset osób.

Fakt, że mniejszość muzułmańska jest coraz bardziej podatna na wpływy dżihadystów potwierdza Sultan Shahin, założyciel portalu NewAgeIslam.com walczącego z religijnym fundamentalizmem.

Pochodzący stąd muzułmanie, dotąd umiarkowani, dzisiaj częściej hołdują ekstremizmowi, który przywędrował z krajów Zatoki Perskiej. Odpowiedni grunt przygotowali mu sami Hindusi.

Uciskana mniejszość

Kiedy w zeszłym roku władzę w Indiach przejęli nacjonaliści, wielu muzułmanów było zaniepokojonych. Część działaczy rządzącej partii i jej ultraprawicowe przybudówki otwarcie głoszą hasła Indii dla wyznawców hinduizmu, a przedstawicielom innych religii odmawiają wszelkich praw. Chociaż ich retoryka stała się ostatnio bardziej agresywna, to kłopoty mniejszości nie są niczym nowym. – Policja i urzędnicy nigdy nie traktowali muzułmanów na równi z hinduistami. Członkowie tej społeczności często nie mogą liczyć nie tylko na ochronę podczas zamieszek, ale nawet na pomoc w codziennych sprawach – mówi Aditi Phadnis, publicystka i znawczyni indyjskiej polityki.

Syndrom oblężonej twierdzy, który wzbudzają w muzułmanach agresywne wypowiedzi hinduskich nacjonalistów, skwapliwie wykorzystują radykalni islamscy politycy, przypominając o licznych masakrach muzułmanów, w tym o najbardziej krwawej – w stanie Gudźarat w 2002 roku, w którą zamieszani byli politycy rządzącej partii. Radykalizacja rodzi radykalizację. Akbaruddin Owaisi, jeden z liderów islamskiej organizacji Majlis-e-Ittehad-ul Muslimeen (Rada Związków Muzułmańskich), na równi z hinduistycznymi radykałami stosuje mowę nienawiści, usprawiedliwia zamachy terrorystyczne i wyśmiewa bogów czczonych przez współobywateli. Stąd już tylko krok do pochwalania ideologii międzynarodowych grup terrorystycznych.

Rosnące zagrożenie

Słynne zamachy w Mumbaju w 2008 roku, które zakończyła trzydniowa bitwa z terrorystami, przeprowadziła finansowana przez pakistański rząd organizacja Lashkar-e-Taiba, odpowiedzialna też za atak na indyjski konsulat w Afganistanie w maju ubiegłego roku. Jej członkowie mieli pochodzących z Indii pomocników. Do tutejszych radykałów należą Indyjscy Mudżahedini, grupa, która w ciągu ostatnich lat dokonała dziesięciu zamachów.W sąsiednim Pakistanie działają co najmniej trzy inne ugrupowania mające w swoich szeregach bojowników znad Gangesu.

Coraz większym problemem stają się młodzi ludzie rekrutowani przez media społecznościowe i szkoleni przez Internet. Czasami sieć jest dla domorosłych terrorystów jedyną formą kontaktu z odległą centralą. Duży niepokój w Delhi wzbudziła niedawna deklaracja szefa Al-Kaidy. Ayman al-Zawahiri zapowiedział utworzenie filii organizacji na subkontynencie indyjskim. Tymczasem Państwo Islamskie stale rozsiewa swoją propagandę w Internecie, kusząc takich ludzi jak Areeb Majeed, 22-latek ze stanu Maharasztra. Majeed razem z kolegami poleciał do Iraku, żeby walczyć za samozwańczy kalifat, później uciekł stamtąd do Turcji, a w końcu został aresztowany na lotnisku w Mumbaju.

Chociaż medialne zamieszanie wokół Państwa Islamskiego i magnetyzm grup terrorystycznych z sąsiednich krajów może imponować młodym ludziom, to potencjalni terroryści z krajów Azji Południowej nie mogą liczyć na wsparcie swoich rodzin.

Być może to dlatego mimo zwycięstw w Iraku i Syrii, Państwu Islamskiemu nie udało się zwabić w swoje szeregi zbyt wielu pochodzących stąd bojowników. Służby zidentyfikowały zaledwie 18 obywateli Indii, którzy dołączyli do ugrupowania. To niewiele zważywszy, że po stronie kalifatu mogą walczyć setki obywateli krajów Europy. Również Al-Kaida dotąd niewiele w Indiach zdziałała mimo, że sam Osama bin Laden uznał je za kraj, w którym wyznawcy Proroka są prześladowani.

– Jest mało prawdopodobne, żeby jakiekolwiek indyjskie ugrupowanie stało się na tyle silne, żeby móc samodzielnie przeprowadzać ataki, bo oprócz poparcia społeczności brakuje im też funduszy – ocenia Shahin. Prawdziwym zagrożeniem dla Indii są zagraniczne organizacje finansowane przez obce rządy i bogatych sponsorów. Nie ma na razie pomysłu, jak się przed nimi bronić.

Brak strategii

Ajai Sahni, dyrektor delhijskiego Instytutu Zarządzania Konfliktami i ekspert w dziedzinie zapobiegania terroryzmowi uważa, że Indiom brakuje spójnej strategii antyterrorystycznej. – Mamy źle zorganizowane, niedofinansowane i nieefektywne służby, a antyterrorystów jest za mało, są źle wyszkoleni i kiepsko wyposażeni – wylicza. Wielostronna współpraca z krajami regionu jest symboliczna, nie ma wspólnej bazy danych ani systemu monitoringu podejrzanych transakcji.

Sahni podkreśla, że trzeba rozwijać dwustronną współpracę z USA, Wielką Brytanią, Rosją, Chinami i krajami islamskimi, warto też lobbować na rzecz ostrzejszych sankcji dla krajów sponsorujących terroryzm.

Poważnym zagrożeniem może być planowane, choć na razie opóźnione do końca 2016 roku, wycofanie amerykańskich wojsk z Afganistanu. – Kiedy to nastąpi, do władzy mogą wrócić Talibowie, a to wytworzy niespotykaną falę islamskiego terroru w całym regionie – ostrzega ekspert.

Rząd musi tymczasem zadbać o bezpieczeństwo muzułmańskiej mniejszości i starać się na czas wykrywać wszelkie wpływy zagranicznych organizacji terrorystycznych. Premier Narendra Modi zadeklarował już, że jego rząd nie dopuści, by jakakolwiek grupa wzniecała nienawiść religijną. Zdaniem Sultana Shahina taka postawa i odrobina pracy u podstaw wystarczy, żeby uniknąć masowej radykalizacji islamskiej młodzieży. Nie zmienia to faktu, że terroryści coraz bardziej interesują się źle zabezpieczonym krajem i kolejny atak może być tylko kwestią czasu.

Więcej o sprawie pisałem dla portalu Wirtualna Polska i tygodnika Przegląd.

© Tomasz Augustyniak, 2015

Reklamy