Zegar zagłady

Jest za pięć dwunasta. Bez względu na to, czy jest rano, czy po południu, czy właśnie jesz śniadanie, czy wracasz z pracy – jest za pięć dwunasta. Taką godzinę od lat pokazuje zegar, który w rzeczywistości nie istnieje. Do czego jest nam potrzebny?

Nie chodzi o byle zegarek, któremu wyczerpały się baterie, albo który ktoś zapomniał nakręcić. Urządzenie, o którym mowa, jest znacznie ważniejsze, chociaż nikt nigdy go nie zbudował. To symboliczny zegar wymyślony prawie 70 lat temu przez speców od broni jądrowej.

Na początku miał ostrzegać przed skutkami atomowego wyścigu zbrojeń, a po latach okazał się dość skutecznym budzikiem dla wszystkich śniących o krainie nieuniknionego postępu i wiecznego dobrobytu. Dawno temu jego duża wskazówka zatrzymała się na dwie minuty przed zagładą i zamiast ruszyć dalej – cofnęła się.

Mogłoby się wydawać, że ten zimnowojenny wynalazek odliczający czas do końca ludzkiej cywilizacji niepotrzebnie sieje panikę, zamiast skłaniać do konstruktywnych działań. Niewykluczone jednak, że obawa przed zagładą może nam się przydać. Zwłaszcza dlatego, że lęk o przyszłość świata nie jest nieuzasadniony.

Zwiastun końca świata

Pojawił się w czerwcu 1947 roku w wydawanym na Uniwersytecie w Chicago biuletynie naukowym. Ilustrację, przedstawiającą schemat ćwiartki zegarowej tarczy, zaprojektowała artystka Martyl Langsdorf, żona jednego z uczestników Projektu Manhattan. Pierwotnie Zegar Zagłady, bo tak nazwano wynalazek, wskazywał siedem minut do północy i miał zwrócić uwagę na zagrożenie, które niesie ze sobą użycie broni jądrowej.

Zaczynała się zimna wojna, nuklearny konflikt wisiał w powietrzu, a koncepcja Zegara była bardzo nośna. Czasomierz zaczął być drukowany na okładkach wszystkich wydań „Bulletin of the Atomic Scientists”, który zyskał dzięki temu dużą popularność. Co pewien czas redagujący pismo naukowcy – biorąc pod uwagę sytuację międzynarodową –  zmieniali położenie wskazówki, która raz szła do przodu, a innym razem oddalała się od środka tarczy. Gdyby dobrnęła do północy, oznaczałoby to całkowitą zagładę ludzkości.

Do tej pory wskazówkę przesuwano dwadzieścia razy, średnio co pięć kwartałów. Wprawdzie rządy niewiele sobie z tego robiły, ale zachodnie społeczeństwa naciskały na polityków, by zakończyli prace nad bronią masowego rażenia. Z czasem, zwłaszcza po upadku Związku Radzieckiego, coraz częściej pojawiały się jednak opinie, że to już nie groźba wojny nuklearnej jest dla ludzkości największym zagrożeniem.

Od 2007 roku na pozycję dużej wskazówki ma więc wpływ nie tylko potencjalne zagrożenie nuklearne, ale także problemy środowiskowe i technologiczne. Globalne zmiany klimatu, nieodwracalne osiągnięcia w technologii i naukach biologicznych, wreszcie kurczące się zasoby i zmiany demograficzne spędzają sen z powiek nie tylko tym, którzy obawiają się wybuchu kolejnej wojny.

Atomowa huśtawka

Zanim wskazówki znalazły się w obecnym układzie, zmieniały swoje położenie wielokrotnie. Choć na początku zegar ustawiono na godzinę za siedem dwunasta, to już dwa lata później trzeba go było przestawić. W 1949 roku Sowieci dokonali swojej pierwszej próby jądrowej, detonując ładunek o mocy 22 kiloton trotylu. Stany Zjednoczone straciły monopol na używanie najpotężniejszego z wymyślonych oręży – rozpoczął się atomowy wyścig, a wskazówki zegara przesunięto najpierw na trzy, a w 1953 roku na dwie minuty przed północą.

Oba supermocarstwa dysponowały już wtedy bronią termojądrową, więc wskazówka pozostała w tym niebezpiecznym położeniu aż do 1960 roku. Kiedy trzy lata później USA i ZSRR podpisały porozumienie o częściowym wstrzymaniu testów, powędrowała daleko do tyłu, znajdując się 12 minut przed godziną „zero”.

Amerykańskie kłopoty w Wietnamie i takie wydarzenia jak wojna między Indiami i Pakistanem oraz wojna sześciodniowa Izraela z krajami arabskimi miały wpływ na przesunięcie wskazówek na siedem minut do północy. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że kolejne państwa uzyskały dostęp do technologii pozwalającej budować broń nuklearną. Kolejne kryzysy miały związek między innymi z indyjskimi testami, z wojną sowiecko-afgańską i eskalacją wyścigu zbrojeń.

Jeśli wierzyć uczonym z Chicago, to świat był najbezpieczniejszy w 1991 roku. Wskazówka znalazła się wtedy najdalej: aż 17 minut przed północą. Amerykański prezydent George Bush senior podpisał wówczas z sowieckim przywódcą Michaiłem Gorbaczowem układ „START-1” o redukcji zbrojeń strategicznych, a pod koniec roku ZSRR się rozpadł.

Ale nie trzeba było wiele czasu, by okazało się, że na świecie nie jest tak różowo, jak się wydawało, a koniec zimnej wojny nie rozwiązuje wszelkich problemów. Wydatki na zbrojenia nie zmalały w porównaniu z poprzednim okresem, w dodatku testy broni masowego rażenia przeprowadziły zwaśnione ze sobą Indie i Pakistan. Wkrótce stało się jasne, że dostęp do miniaturowych bomb atomowych mogą mieć terroryści, a elitarny atomowy klub nie jest już elitarny.

W 2006 roku swój pierwszy test jądrowy przeprowadziła Korea Północna, ambicje nuklearne zaczął zdradzać także Iran, tymczasem Stany Zjednoczone i Rosja nie były i nadal nie są zdolne odpowiednio zabezpieczyć swoich arsenałów. Ciągle istnieje też możliwość wybuchu lokalnego konfliktu zbrojnego, w którym rolę może odegrać broń jądrowa.

Świat bardzo się zmienił, a w kierunku pomysłodawców Zegara Zagłady zaczęła płynąć fala krytyki. Amerykańscy akademicy nie zawsze reagowali na poważne zmiany, takie jak kryzys kubański, a niekonsekwencje w ruchach wskazówek nietrudno zauważyć. Bo czy świat w 1960 był naprawdę dużo bezpieczniejszy, niż w 2007 roku? Pytania tego typu pozostają otwarte, ale każde przestawienie zegara nadal budzi zainteresowanie.

– Nad zmianą ustawień obradujemy tylko raz w roku – wyjaśnia wydawczyni chicagowskiego biuletynu, Kennette Benedict. – Uważamy, że reagowanie na każdy kryzys tylko zwiększałoby poczucie paniki, a wolelibyśmy przyczyniać się do racjonalnych działań – tłumaczy.

Dlatego wskazówki nie poruszają się tam i z powrotem zbyt szybko. O każdym ruchu decyduje specjalna rada dyrektorów w porozumieniu ze sponsorami, wśród których – zgodnie z deklaracją wydawcy – jest aż osiemnastu noblistów. Być może dostrzegli oni, że dziś rozpowszechnienie broni nuklearnej często ogranicza ryzyko wybuchu wojen, a świat ma większe problemy. Kilka lat temu szacowne grono w końcu uznało, że nie tylko zagłada nuklearna jest realnym zagrożeniem dla cywilizacji.

W swoich decyzjach redaktorzy biuletynu zaczęli brać pod uwagę także zmiany klimatu i potencjalnie niebezpieczne rozwiązania technologiczne. Nie zwiększyli częstotliwości obrad. Następnym razem mają się zebrać na początku przyszłego roku, a na razie dają naszej cywilizacji pięć minut.

Droga ku upadkowi?

Za czasów zimnej wojny gołym okiem można było dostrzec, że ludzkość nie zmierza w dobrym kierunku. Ale i dzisiaj są tacy, którzy widzą zagrożenia. Należy do nich Marcin Popkiewicz, fizyk, autor popularnonaukowych artykułów i książki „Świat na rozdrożu”. Jego zdaniem to dobrze, że Zegar Zagłady co pewien czas przypomina nam o problemach świata.

– Wojna nuklearna raczej nie zdarzy się sama z siebie, ale jeśli już, to jako efekt rosnących napięć na skalę globalną. Warto śledzić także inne zagrożenia – zastrzega. Ogromne znaczenie odgrywa jego zdaniem kurczenie się światowych zasobów, a wykładniczy wzrost gospodarczy, do którego dotąd byliśmy przyzwyczajeni, wkrótce nie będzie już możliwy. Wzrost gospodarki świata o 3,5 proc. rocznie oznacza, że podwaja się ona co 20 lat.

Nie może jednak rosnąć wiecznie, bo nie ma do dyspozycji nieograniczonej przestrzeni i źródeł energii. Na przeszkodzie mogą stanąć także problemy demograficzne. Choć powszechnie mówi się o niebezpiecznym wzroście liczby ludności, to bardziej prawdopodobny jest inny scenariusz. George Friedman, szef prywatnej agencji wywiadowczej Stratfor w książce „Następne 100 lat” powoływał się na badania, według których w ciągu rozpoczynającego się stulecia liczba ludzi na świecie zmniejszy się. Z danych ONZ wynika, że nie tylko na Zachodzie, ale na całym świecie będzie się rodziło coraz mniej dzieci.

Nie oznacza to, że wymrzemy, ale ludność świata z pewnością nie będzie już rosła tak szybko, jak dotąd. Tymczasem wzrost populacji, chociaż powoduje zwiększone zużycie ropy i emisję dwutlenku węgla, pobudza także gospodarkę. Każdy, kto odczuwa skutki kryzysu finansowego wie, że nawet nieco wolniejszy wzrost to zła wiadomość, a co dopiero stagnacja albo kurczenie się rynku. Wniosek może być tylko jeden: nadchodzą kłopoty.

Wkrótce będziemy się musieli nauczyć życia w nowym świecie, w którym ciągły wzrost i konsumpcja mogą mieć daleko mniejsze znaczenie, niż obecnie. Jeśli dodamy, że brak wzrostu to nie jedyny kłopot, a wszystkie problemy cywilizacyjne przeplatają się i wzajemnie na siebie wpływają, to mamy niezły bigos. Tymczasem liczba ludzi przekonanych o tym, że postęp jest nieunikniony i może oznaczać wyłącznie dobre zmiany nadal nie maleje. Bo po co mieliby dostrzegać problemy, które mogą sprawić, że będą gorzej spali?

Chociaż naukowcy od Zegara Zagłady nie monitorują wszystkich możliwych zmiennych, a może nawet nie zwracają uwagi na te najważniejsze, to nie pozwalają nam na słodki sen. O tym, czy takie wydarzenia jak przeprowadzenie kolejnego północnokoreańskiego testu nuklearnego i deszcz odłamków meteoru nad Rosją będą miały wpływ na wygląd symbolicznego zegara, przekonamy się za wiele miesięcy. Nawet, gdyby niektóre z tych zagrożeń okazały się wydumane, a realne znaczenie miały zupełnie inne, to dobrze, że mamy się czego bać.

Czy potrzebujemy strachu?

Wszystko wskazuje więc na to, że nuklearny straszak z czasów zimnej wojny ciągle jest nam potrzebny. Czy na pewno? Marcin Popkiewicz nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. – W obecnej formie jest powierzchowny i nie buduje zrozumienia korzeni problemu, przed którym stoimy – mówi. Najważniejsze to dostrzegać całość problemu, a nie jedynie jego elementy, bo krótkoterminowe, połowiczne rozwiązania tylko podnoszą ryzyko.

Zdaniem Popkiewicza o niebezpieczeństwach warto często przypominać, bo większość społeczeństwa nie zdaje siebie sprawy, w jak poważnych opałach jest cywilizacja. Nieco inaczej patrzy na sprawę Adam Ostolski, socjolog, filozof i członek zespołu „Krytyki Politycznej”. Choć uświadomienie sobie zagrożenia jest pilne, to straszyć według niego nie warto.

– Koncentracja strachu sprawia, że ludzie odrzucają alarmujące informacje – tłumaczy Ostolski. – Kiedy zdajemy sobie sprawę z powagi zagrożenia, zobowiązuje to nas do zaangażowania, ale jeśli nie mamy poczucia, że możemy coś naprawdę zmienić, powoduje to paraliż – argumentuje.

Według niego zagrożenia ekologiczne lepiej komunikować w języku nadziei i możliwości. – Można mobilizować ludzi, pokazując im konkretny, możliwy do osiągnięcia cel. Wtedy będą bardziej skłonni do zmiany sposobu życia i wywierania presji na rządy – wyjaśnia.

Nie oszukujmy się, ostatecznie to właśnie rządzący będą musieli stawić czoła nadchodzącym problemom. Strategie, które przyjmą wyludniające się i cierpiące na niedobory energii kraje zależą także od wyborców. Koncepcja Zegara Zagłady wśród tych ostatnich jest nadal bardzo popularna. Dowodem jest zainteresowanie tym motywem wśród twórców kultury. Ostatnio w swoich nagraniach wykorzystali go zespół The Smashing Pumpkins, Ozzy Osbourne i Madonna.

Słynny czasomierz wzięli na warsztat także pisarze, w tym Stephen King, filmowcy, twórcy komiksów oraz gier komputerowych. Odpowiedź na pytanie, czy Zegar Zagłady jest nam jeszcze potrzebny brzmi więc „tak”. To nośny symbol zwracający uwagę, że warto trzymać rękę na pulsie, a codzienne polityczne potyczki nie powinny przysłaniać prawdziwych problemów. Być może nieistniejący zegar z Chicago nie wskazuje zagrożenia najdokładniej, ale dobrze, że o nim przypomina.

Edit: Naukowcy właśnie przesunęli wskazówki Zegara o dwie minuty naprzód, dlatego warto przypomnieć ten artykuł napisany dla portalu Onet dwa lata temu.

© Tomasz Augustyniak, 2013

Advertisements