Tsunami Modiego

„Fala Modiego” przewidywana w czasie kampanii okazała się prawdziwym tsunami. Indyjska Partia Ludowa (Bharatiya Janata Party, BJP) zmiotła konkurentów i odniosła przytłaczające zwycięstwo w wyborach

Narendra-modi

To najważniejsze wybory w ostatnich dekadach, powiedział mój znajomy redaktor z Kaszmiru. Ludzie mają dość klanu Nehru-Gandhi, dość korupcji, a klasa średnia chce się w spokoju bogacić. Stąd popularność polityków, którzy mówią o walce z łapownictwem i chcą, żeby Indie znowu mogły gospodarczo konkurować z Chinami. Mój znajomy jest muzułmaninem, a region, z którego pochodzi był sceną krwawych starć wyznawców dwóch najważniejszych religii kraju. Boi się Modiego.

Koalicja, na której czele stoi nacjonalistyczna BJP zdobyła 282 mandaty w 545-osobowej niższej izbie indyjskiego parlamentu (Lok Sabha). Indyjski Kongres Narodowy spodziewał się klęski, ale nie aż takiej. Nie aż takiego zwycięstwa BJP spodziewali się też jej sojusznicy. Nie ma już mowy o politycznych targach, zebrane łupy są zbyt wielkie. Premierem prawie na pewno zostanie wspomniany kontrowersyjny szef partii, Narendra Modi.

indian_election_maps_side_by_side

Wychowany przez faszystów

Pochodzący ze stanu Gudźarat Modi urodził się jako trzecie z szóstki dzieci w niezamożnej rodzinie należącej do niskiej kasty. W dzieciństwie pomagał ojcu sprzedającemu herbatę na stacji kolejowej w rodzinnym miasteczku. Zgodnie ze zwyczajem swojej społeczności w wieku trzech lub czterech lat został zaręczony, a jako nastolatek ożenił się. Niemal od razu opuścił jednak żonę, udając się na pielgrzymkę w Himalaje.

Po powrocie związał się z faszyzującą paramilitarną Narodową Organizacją Ochotników (RSS). Założona w 1925 roku RSS zrzesza radykalnych wyznawców hinduizmu i obiecuje stworzenie silnego, rasowo czystego narodu. Jej ideolodzy wierzą, że Indie powinny być przede wszystkim domem hinduistów,  a wyznawcy innych religii mogą w nich pozostać tylko jeżeli zgodzą się na ich bezwarunkową dominację. Założyciel RSS otwarcie wychwalał Hitlera (który dotąd ma zresztą w Indiach przede wszystkim opinię pragmatycznego polityka) i odmawiał innowiercom wszelkich praw obywatelskich, a były członek organizacji zamordował głoszącego idee braku przemocy i wielokulturowości Mahatmę Gandhiego. Narendra Modi wielokrotnie podkreślał, że to RSS uformowała go jako polityka.

W latach osiemdziesiątych Modi stał się ważną postacią w strukturach organizacji w stanie Gudźarat i zaczął blisko współpracować z lokalną BJP, do której wkrótce dołączył. W 1990 roku współorganizował partyjną pielgrzymkę do miasta Ayodhya. Dwa lata później uczestnicy podobnej pielgrzymki zburzyli meczet Babri Masjid, który – ich zdaniem – stał w miejscu wcześniejszej hinduskiej świątyni, wzniesionej na pamiątkę narodzin boga Ramy.

Modi stopniowo piął się po szczeblach partyjnej kariery, wygłaszając przy okazji ostre antypakistańskie i antymuzułmańskie przemówienia. Pod koniec 2001 roku został szefem rządu stanowego Gudźaratu. Ton jego rządom nadała jedna z najbardziej brzemiennych w skutki masakr w historii wolnych Indii. W lutym kolejnego roku na jednej ze stacji spłonął pociąg z pielgrzymami wracającymi z Ayodhi. Zginęło 58 osób. Modi bez zastanowienia dał wiarę plotkom, według których za podpalenie odpowiedzialni są wrogo nastawieni wyznawcy islamu. Pogrzeby ofiar stały się manifestacjami nienawiści podsycanej przemówieniami pierwszego polityka, a Ahmedabad, stolica stanu, zaczął wrzeć.

W pogromach w Ahmedabadzie i kilkunastu innych miejscowościach, zginęło ponad tysiąc osób. Narendra Modi zaprzeczał, jakoby miał od początku wiedzieć o masakrze i nakazać policji odwleczenie reakcji na wydarzenia. O czym innym świadczą jednak informacje o licznych spotkaniach, które w ciągu dnia odbywał z odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo oficerami. Zdaniem świadków zamieszki były dobrze skoordynowane i prawdopodobnie wcześniej zaplanowane. Ich uczestnicy dysponowali wydrukami list wyborców, dzięki którym wyznaczali muzułmańskie cele. Miał być to jeden z dowodów cichego zaangażowania władz w krwawe wydarzenia. Wśród osób skazanych później za morderstwa i przygotowywanie zamieszek znalazła się była minister w rządzie stanowym Maya Kodnani, która po zakończonym w 2012 roku procesie trafiła za kratki na 28 lat. Nie tylko była obecna w miejscach zamieszek i zachęcała do zabijania, ale również sama miała strzelać do muzułmanów.

Modi nigdy nie przeprosił za wzniecanie nienawiści i brak szybkiej reakcji podczas masakry. Oznajmił nawet pogardliwie, że ofiar jest mu szkoda w taki sam sposób, jak żałowałby szczeniaka przejechanego przez samochód, a obozy uchodźców, w których schronili się ludzie uciekający przed hinduskimi sąsiadami, nazwał siedliskami dzieciorobów. Mimo późniejszych sukcesów gospodarczych, zamieszki z 2002 roku położyły się cieniem na karierze przyszłego premiera, a Stany Zjednoczone cofnęły mu nawet wizę. O sprawie na nowo przypomniała masakra muzułmanów w dystrykcie Muzaffarnagar (Uttar Pradesh) we wrześniu 2013 roku, w którą byli zamieszani politycy BJP i lokalnej Samajwadi Party, cynicznie rozgrywający przedwyborczą kampanię.

Modi znaczy biznes

Taki tytuł miał okładkowy artykuł w magazynie „Time” opublikowany dwa lata temu, kiedy szef BJP zaczynał zdradzać swoje wielkie ambicje.

Podczas rządów Modiego gospodarka jego rodzinnego stanu urosła niemal trzykrotnie, a on sam zyskał opinię efektywnego i pragmatycznego polityka. Rzekomo nie toleruje korupcji, tworzy dobre warunki dla przedsiębiorców, jest też przeciwnikiem rozrostu biurokracji. Ale tak naprawdę to nie premier rządu stanowego zrobił z Gudźaratu biznesowe Eldorado. Wielu komentatorów zapomina, że Gudźarat ma długie tradycje handlowe i zawsze gospodarczo radził sobie nieźle, w czym pomagała mu bliskość Bombaju. Rozkręcenie gospodarki całego kraju może nie być tak łatwe.

Mimo to podczas kampanii wyborczej Modi położył na nią duży nacisk. Sprzyja mu wielki biznes w tym – w coraz większym stopniu – największe korporacje medialne. Może to dlatego Indusi, którzy mieli serdecznie dość korupcji  i nieudolności Indyjskiego Kongresu Narodowego, uwierzyli w jego obietnice podwojenia wzrostu gospodarczego, likwidacji inflacji, rozwoju infrastruktury i tworzenia nowych miejsc pracy. Niektórzy ekonomiści liczą, że rząd BJP zlikwiduje część ulg socjalnych i drogi program subsydiowania żywności dla najbiedniejszych. Oczekiwania wobec nowego rządu są tak olbrzymie, że prawdopodobnie wszystkich czeka większy lub mniejszy zawód. Zwłaszcza, że Modi będzie musiał balansować między chęcią ściągnięcia inwestorów zagranicznych, a wspieraniem indyjskich przedsiębiorców. Poszukiwanie kapitału może jednak oznaczać otwarcie się na nowych partnerów, a to z kolei –  szansę dla państw europejskich, w tym dla polskich firm, choćby sektora energetycznego i obronnego.

Jeśli nawet nowemu rządowi uda się doprowadzić do powrotu prosperity, nie będzie radykalnych zmian społecznych i pomocy setkom milionów najbiedniejszych. Na dobre czasy może za to liczyć 300-milionowa klasa średnia. Bogaci pozostaną więc bogatymi, a biedni – biednymi.

Balansowanie

O sprawach międzynarodowych przyszły premier milczał w czasie kampanii jak zaklęty. Ale wielu spodziewa się zaostrzenia retoryki i bardziej agresywnych działań wobec Pakistanu, a przy okazji intensywniejszych zbrojeń. W relacjach z Pakistanem niczego nie można być jednak pewnym, w przeciwieństwie do stosunków z Chinami, z którymi Indie są mocno ekonomicznie związane. W kuluarach mówi się o dużej różnicy potencjałów między obu krajami, rozbudowywaniu przez Chińczyków dróg i połączeń kolejowych na terenach, do których pretensje rości sobie Delhi i o potrzebie rozbudowy garnizonów na północy kraju, ale na konflikcie nikomu nie zależy. Nowy rząd będzie też chciał utrzymać dobre stosunki zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z Rosją, która tradycyjnie jest tu głównym dostawcą sprzętu i technologii wojskowych. To między innymi dlatego ani ustępujący rząd ani zwycięzcy wyborów nie zajęli jasnego stanowiska w sprawie Ukrainy. Politycy nad Gangesem będą sprawnie balansować i to raczej innym będzie się opłacało ich pozyskać. Wiedzą o tym Amerykanie, którzy zapowiedzieli, że indyjski premier nie będzie miał więcej kłopotów wizowych.

c.d.n.

[Poniżej analiza przedwyborcza]

Lada moment Indusi wymienią swój skorumpowany rząd – za kilka dni wezmą udział w największych wyborach świata. Przedstawiciele licznych kultur i języków subkontynentu pójdą do urn wyjątkowo licznie i zamierzają pokazać władzy czerwoną kartkę. Mają zresztą bardzo dobre powody, żeby to zrobić. Głośne skandale korupcyjne i gospodarka, która zwolniła podczas dziesięcioletnich rządów Indyjskiego Kongresu Narodowego dają mu gwarancję klęski. Ster władzy prawdopodobnie przejmie nacjonalistyczna Indyjska Partia Ludowa (BJP), ale to nie koniec zmian w tutejszym życiu publicznym. Zanim jednak o ludziach, którzy wkrótce mogą wywrócić scenę polityczną do góry dnem, rzućmy okiem na sytuację.

Obecnie rządzący pozostawali u władzy przez ponad dwie trzecie 67-letniej historii indyjskiej demokracji. Z partii wywodzili się architekci niepodległego państwa – Jawaharlal Nehru i Mahatma Gandhi. W innych warunkach zasługi Kongresu, którego kampanią kieruje Rahul Gandhi, mogłyby jeszcze przedłużyć kredyt zaufania, ale tym razem będzie inaczej – i to nie tylko ze względu na astronomiczne kwoty zżerane przez skorumpowanych urzędników. W wyborach po raz pierwszy może wziąć udział nawet 100 milionów młodych, głosujących po raz pierwszy ludzi, którzy często pamiętają wyłącznie rządy obecnej koalicji. Jej zalety wydają im się naturalne, a wady mogą zobaczyć jak na dłoni. To jeszcze jedna przyczyna, dla której Kongres będzie musiał się pogodzić z przegraną.

india-map

BJP i jej lider, Narendra Modi, na Zachodzie są przedstawiani niemal jako rogate diabły. Nie bez racji, bo partia chętnie wykorzystuje do swoich celów religijne i rasowe napięcia, których w miliardowym kraju nie brakuje. Jej politycy są oskarżani co najmniej o milczące przyzwolenie na pogrom muzułmanów w Gudżaracie w 2002 roku, mieli też inspirować rozlew krwi w stanie Uttar Pradesh we wrześniu zeszłego roku. Partia jest powiązana z hinduską paramilitarną organizacją RSS, która ma na koncie zamachy bombowe na meczety.

Chociaż wyznawców islamu jest w Indiach około 140 milionów – to druga po Indonezji społeczność muzułmańska na świecie – to BJP, której zależy przede wszystkim na hinduskiej większości, niechętnie odżegnuje się od radykałów. Politycy wiedzą, że każdy mandat jest ważny, dlatego grają ostro, cynicznie manipulując uprzedzeniami potencjalnych wyborców. Od liczby zebranych mandatów zależy czy Modi zostanie premierem. Ten, grając na uprzedzeniach, jednocześnie stara się jednak budować swój wizerunek jako dobrego gospodarza (stan Gudżarat, którym rządzi, nieźle sobie radzi gospodarczo) mówiąc dużo o wzroście PKB, miejscach pracy i technokracji. Na razie sztuczka się udaje. Sondaże dają jego partii największe szanse w wyborach, ale ostateczny kształt rządu będzie zależał od powyborczych negocjacji.

Korowód kandydatów

Najmocniejszym kandydatem na premiera jest wprawdzie Narendra Modi, ale nie oznacza to, że może już osiąść na laurach. Od 25 lat żadna partia nie uzyskała większości wystarczającej do utworzenia samodzielnego rządu – za każdym razem trzeba się było posiłkować partiami regionalnymi, które coraz bardziej rosną w siłę. Jeśli BJP zdobędzie niewystarczającą liczbę foteli w parlamencie, to może się zdarzyć, że nowa koalicja wystawi innego premiera. Zwłaszcza, że Modi ma sporo przeciwników we własnym ugrupowaniu.

Zęby na urząd premiera ostrzy sobie Jayalalithaa, rządząca południowym stanem Tamil Nadu szefowa Ogólnoindyjskiej Partii Ludu Drawidów. Świetnie wykształcona i legendarnie arogancka, jest skuteczną przywódczynią kierującą bardzo dobrze rozwiniętym stanem. Z nacjonalistami od dawna znajdowała wspólny język. Gdyby została wybrana, przeniosłaby punkt ciężkości narodowych sporów z północy na południe kraju. Równie duże ambicje ma Mayawati – polityczka, która czterokrotnie szefowała rządowi Uttar Pradesh, a teraz ostrzega ludzi przed Modim. Jest Dalitką – przedstawicielką tzw. niedotykalnych (osób należących do najniższych kast lub znajdujących się poza systemem kastowym) – a jej karierę polityczną nazywano cudem. Jej wybór mógłby zintegrować niedotykalnych, którzy teraz są bardzo podzieleni i nie stanowią prawdziwej politycznej siły. Premierem z pewnością nie zostanie Arvind Kejriwal, lider Partii Zwykłego Człowieka (AAP), której jednak warto się dobrze przyjrzeć. To ona nadaje ton całej kampanii.

Kierunek – przyszłość

Indie, w przeciwieństwie do prawie wszystkich krajów postkolonialnych, zachowały i rozwinęły system demokratyczny. W połączeniu z gospodarką wolnorynkową doprowadziło to do rozwoju klasy średniej, szybkiej urbanizacji i do pewnego stopnia przyczynia się do powolnego zaniku systemu kastowego. Kraj nie uniknął jednak korupcji, ogromnego rozwarstwienia społecznego i niewyobrażalnych na Zachodzie napięć religijnych i rasowych.

To kraina co najmniej tak zróżnicowana jak Europa – językowo, kulturowo, politycznie, a nawet klimatycznie, więc nic dziwnego, że zawsze miała problemy z tożsamością. Są pomysły, według których wielość religii i kultur powinna być, w zależności od opcji, stopniowo albo radykalnie zredukowana. Według innych Indie muszą pozostać niedookreślone i docenić swoją różnorodność, bo w przeciwnym wypadku widowiskowo się rozpadną. Wbrew przewidywaniom sprzed paru dekad bogacenie się coraz większej części obywateli wcale nie pozwala im zapomnieć o kłopotach z definicją indyjskości, a hinduski nacjonalizm pozostaje realnym zagrożeniem.

Są tacy, którzy uważają, że po latach budowania obecnego systemu, korupcji, politycznych wojenek i masakr Indusi powinni się odwrócić od dwóch głównych partii i postawić na radykalną odmianę. Sądzą, że może ją przynieść młodziutka Partia Zwykłego Człowieka, która wyrasta na największą siłę opozycyjną. Symbolem partii jest miotła, a jej szef, Arvind Kejriwal sam siebie nazywa anarchistą, który zamierza wstrząsnąć indyjskim systemem. Działacze spod znaku miotły stawiają na rozwój społeczeństwa obywatelskiego, walczą też z uciążliwą kulturą VIP-ów i przywilejami władzy, przypominając konkurentom, że są przede wszystkim urzędnikami. W ten sposób udało im się doprowadzić do jakościowych zmian w debacie publicznej. Korupcja, którą nikt na serio się dotąd nie zajmował, nagle stała się jedną z najważniejszych spraw. Politycy zaczęli się też prześcigać w deklaracjach, że już nie potrzebują luksusowych apartamentów, licznej ochrony ani pierwszeństwa przejazdu na ulicach. Szefowa rządu Rajasthanu obiecała nawet, że odtąd będzie podróżować rejsowymi samolotami. Zmiana kultury politycznej to dotąd największy sukces nowej partii. Prawdę mówiąc AAP nie może się jeszcze pochwalić innymi. Powszechnie wytyka się jej brak doświadczenia i prawdziwego programu.

Zdaniem części politologów partia będzie miała szansę na sformowanie rządu za kilka lat. Za ile dokładnie, trudno powiedzieć. Zwycięzcy nadchodzących wyborów odziedziczą lepszą sytuację gospodarczą niż poprzednicy i może im to pomóc w reelekcji. Z drugiej strony, chociaż wygrana BJP nie zmieni znacząco polityki, to może zradykalizować ludzi, zwłaszcza jeśli premierem zostanie Modi. W takim wypadku przemoc na tle religijnym, zwłaszcza na prowincji i niemal pewne problemy w relacjach z Chinami i Pakistanem mogą sprawić, że karta szybko się odwróci. Wiele mogłyby też zmienić masowe protesty społecznie i ekonomicznie wykluczonych, które od dawna przewidują badacze. Jedno jest pewne – Indusi potrzebują zmian już teraz i będą je mieli.

© Tomasz Augustyniak, 2014

7.04.2014: Polecam też mój tekst w najnowszym tygodniku Wprost. Tam jeszcze więcej o kolorach największych wyborów na Ziemi.

Advertisements