Nie taka Rajska Wyspa

W tym roku minie pięć lat od zakończenia wojny domowej na Sri Lance. Trwający z przerwami przez 26 lat konflikt toczył się pomiędzy Tygrysami Wyzwolenia Tamilskiego Ilamu z Północy a reprezentującym syngaleską większość rządem. Prezydent, który go zakończył, teraz za chińskie pieniądze buduje w kraju autorytarny system.

lankaboats

Lankijska armia brutalnie zmiażdżyla wojsko Tamilskich Tygrysów,  nie dopuszczając do poddania się ich przywódców. Lider separatystów, Velupillai Prabhakaran, zginął podczas walk, wojny nie przeżyli też jego najbliżsi współpracownicy i członkowie rodziny, wliczając w to dwunastoletniego syna, na którym dokonano egzekucji. Nie milkną międzynarodowe oskarżenia o mordowanie niewinnych ludzi w ostatnich tygodniach wojny, a dokładnej liczby zabitych i zaginionych cywilów dotąd nie udało się ustalić. Brutalne zachowanie syngaleskich żołnierzy wielu uznało za okrutną zemstę za dekady zamachów bombowych i zabójstw, których dopuszczali się zwolennicy Prabhakarana.

Obserwatorzy lankijskiej polityki są zgodni – wygrawszy wojnę prezydent Mahinda Rajapaksa zyskał ogromną popularność i mógł zrobić niemal wszystko, łącznie z nadaniem pełni praw Tamilom, którzy odkąd w 1956 roku syngaleski uznano za oficjalny język Wyspy, czuli się obywatelami drugiej kategorii. Tamilowie bezskuteczne domagają się teraz zwrotu ziemi zagarniętej przez armię i informacji o swoich zaginionych krewnych, ale to sprawy zajmujące dalekie lokaty na rządowej liście priorytetów.  Tym bardziej że rząd, wspierany przez nacjonalistycznych buddyjskich mnichów, nie ma w tym żadnego interesu. Colombo finansuje wprawdzie powolną odbudowę zburzonych podczas walk domów, ale zdecydowano o pozostawieniu na północy większości wojska, a rozwiązywanie etnicznych problemów odłożono na bliżej nieokreśloną przyszłość.

W Jaffnie, stolicy Prowincji Północnej, na żołnierzy i policjantów patrzy się spode łba. To przybysze z południa, którzy są tu uważani niemal za okupantów. Wojskowi mają nie tylko zapewnić bezpieczeństwo na niedawnym terytorium wroga. Rządzący wiedzą, że ponaddwustutysięcznej, zaprawionej w ogniu walki armii lepiej dać coś do roboty. Pozostawieni sami sobie mundurowi mogą stać się w przyszłości kolejnym poważnym problemem zmęczonego społeczeństwa. Na razie pozostają więc na służbie, a na co dzień starają się schodzić z drogi mieszkańcom północy – zwłaszcza, że – dosłownie i w przenośni – nie rozumieją ich języka.

Zachód stara się wymóc na rządzie Rajapaksy ustępstwa na rzecz tamilskiej społeczności, demobilizację znacznej części wojska i powołanie komisji pojednawczej. Wszystko to idzie jednak bardzo powoli – Sri Lanka ma kuszącą alternatywę.

Popularność za yuany

Chińczycy, którzy w odróżnieniu od Europejczyków i Amerykanów nie wymagają od swoich kontrahentów przestrzegania praw człowieka, na potęgę udzielają Lankijczykom kredytów. Pekin wydał na to już 4 miliardy dolarów, a dochód z wielu inwestycji trafia z powrotem do chińskiej kieszeni. Pieniądze wydawane są przede wszystkim na autostrady, nowe międzynarodowe lotnisko i port, ale również na kompleksy biurowe, sportowe i konferencyjne w rodzinnym dystrykcie prezydenta, który dzięki budowanej w szybkim tempie infrastrukturze jeszcze bardziej zyskuje na popularności.

Rajapaksę otacza także rozwijający się oficjalny kult. Choć lankijska propaganda nie jest szczególnie wysublimowana, to prawdopodobnie nie ma miejscowości, w której nie byłoby choć kilku plakatów wychwalających przywódców. Rząd może sobie pozwolić na wydawanie publicznych pieniędzy na autopromocję, bo nie jest nadmiernie krytykowany ani przez słabą opozycję, ani przez zastraszone media.

Jak opowiedział mi jeden z lankijskich dziennikarzy, anonimowe telefony z pogróżkami nie są rzadkością w tamtejszych redakcjach. Jeszcze kilka lat temu na porządku dziennym było wybijanie szyb w siedzibach gazet.  Teraz żeby uciszyć zbyt dociekliwych redaktorów wystarczą słowa. Nie ma się czemu dziwić –  wcześniej wielu reporterów zostało zmuszonych do ucieczki z kraju, a kilku zginęło. Lasantha Wickramatunga, redaktor naczelny gazety Sunday Leader, został zastrzelony w 2009 roku. Po jego śmierci w tygodniku ukazał się kontrowersyjny edytorial, w którym winą za jego zabójstwo obarczono prezydenta. Choć nie ma pewności, że to sam Wickramatunga przygotował go przed śmiercią, to tekst daje ciekawy obraz panującego reżimu.

Wypędzeni z raju

Dziesięć lat temu tsunami zabiło na Sri Lance 35 tysięcy osób. Ogromna fala przyszła rano, niespodziewanie i często zamiast przerażać – ciekawiła. To jeszcze pogorszyło bilans ofiar. Sprawy wróciły do zwykłego biegu tylko pozornie. Niektóre nadmorskie miasteczka odbudowano na wzniesieniach kilkaset metrów od miejsc, gdzie stały wcześniej, inne w zalanych przed dekadą okolicach nadal świecą trupio bladym piaskiem. W odbudowie po katastrofie uczestniczył cały świat, ale ludzie oskarżają urzędników o defraudację dużej części zagranicznej pomocy.

Po tsunami – i z początkiem rządów Rajapaksy – skoczyły ceny towarów pierwszej potrzeby. Cukier z trzydziestu do stu rupii, litr benzyny, który w 2004 roku kosztował sześćdziesiąt rupii, teraz jest o sto rupii droższy. Drogie są też ubrania i żywność, a ludziom coraz ciężej o pracę – narzekał Muhammad, którego poznałem w nadmorskiej miejscowości niedaleko Colombo. Ci, którzy nie mają znajomości mogą liczyć na niepewne posady w turystyce albo na owocowych plantacjach.

Turyści są przekonani, że nie ma nic zdrowszego od pochodzących z takich plantacji słodkich, soczystych mango. Są zachwyceni różnorodnością bananów – na Wyspie rośnie ich ponad dwadzieścia gatunków. Ale w lankijskich prowincjach Uva i Północno-Centralnej lepiej uważać na owoce. Ich mieszkańcy masowo umierają na tajemniczą chorobę nerek, spowodowaną prawdopodobnie jedzeniem żywności zatrutej szkodliwymi chemikaliami. Sprzedawcy owoców często dodają do nich środków przyspieszających wzrost, takich jak karbid i etefon, które są bardzo toksyczne i mogą powodować raka oraz inne choroby ujawniające się dopiero po wielu latach. W rolnictwie masowo używa się też pestycydów i nawozów zawierających arsen, kadm, ołów i pochodne fluoru.  Chociaż na targowisku w centrum Colombo inspektorzy skonfiskowali niedawno 75 ton skażonych owoców, to Lankijczyków czeka prawdopodobnie długa walka z kolejną klęską, która na nich spadła.

Nieliczne docierające na Zachód informacje z Wyspy sprawiają, że już niewielu przyjezdnych wierzy, że na Cejlonie odnajdą raj. Jeśli nawet można go tam zasmakować, to obywatele Sri Lanki dawno zostali z niego wypędzeni. Jedno jest pewne – w tym malutkim, przeciekawym kraju dzieje się świat.

Jeszcze więcej o cudach i dziwach Rajskiej Wyspy w moim artykule dla Times of India.

© Tomasz Augustyniak, 2014

Advertisements