Klęska konkwistadora

Polacy podejmowali w przeszłości wiele prób zdobycia zamorskich posiadłości, lecz wszystkie zakończyły się niepowodzeniem.
Czy mimo to Polska była państwem kolonialnym?

dzikiepola

W 1934 roku polska prasa donosiła o podpisaniu umowy gospodarczej z rządem Liberii. To nieduże, zachodnioafrykańskie państwo było wówczas niemal jedynym niepodległym terytorium na całym kontynencie, ale żeby ochronić niezależność potrzebowało europejskiego protektora. W zamian za specjalistyczną pomoc władze Liberii pozwoliły więc Polakom zakładać na swoim terytorium plantacje, a w razie wybuchu wojny miały umożliwić także rekrutowanie tam żołnierzy. Umowa zakładała, że nad Wisłą zostanie wykształconych dwudziestu afrykańskich inżynierów, zaś do Monrowii, liberyjskiej stolicy, popłyną rządowi doradcy.

Liga Morska i Kolonialna, rosnąca w siłę organizacja, której przedstawiciele podpisali umowę z Liberyjczykami, na pokładzie statku handlowego wysłała do Afryki pierwszych plantatorów. Ich misja nie trwała jednak długo. Szybko stało się jasne, że Polacy mają plany sięgające dalej niż ekspansja gospodarcza. Przybyłych na Czarny Ląd pionierów oskarżono wkrótce o handel bronią, a polski rząd – o zakusy na tamtejszą niepodległość. Kiedy o swoje afrykańskie interesy zaniepokoiły się Stany Zjednoczone, z imperialnych ambicji trzeba było zrezygnować. To jedna z ostatnich w historii polskich prób kolonialnych. II Rzeczpospolita, podobnie jak jej poprzedniczka, miała nigdy nie zdobyć zamorskich terytoriów. Może dlatego powszechnie uważa się, że Polacy nie eksploatowali podbitych narodów, ale to przekonanie równie popularne co nieprawdziwe.

Dziki Wschód

W 1647 roku książę kurlandzki Jakub Kettler zaproponował polskiemu królowi Władysławowi IV wspólną zamorską ekspansję. Kurlandia kontrolowała wówczas położoną u wybrzeży Ameryki Południowej wyspę Tobago, ale brakowało jej środków na utrzymanie kolonii. Choć projekt lennika mógł zapewnić Rzeczypospolitej znaczne korzyści, to król, który kilka lat wcześniej sprzedał całą swoją flotę, nie przyjął propozycji. Cztery lata później Kettlerowi odmówił także jego następca, Jan Kazimierz. Czy polscy władcy oszaleli? Byli raczej przekonani, że mają lepszy pomysł.

Po zawarciu unii z Litwą znaczna część tego kraju została przyłączona do polskiej Korony. Kiedy książę przyszedł ze swoją propozycją, Polska już od dawna prowadziła intensywne osadnictwo nie w egzotycznych archipelagach na drugim końcu świata, ale na Ukrainie. To na Dzikich Polach rozpoczęły się polskie dążenia kolonialne, a żeby się tam bogacić nie trzeba było budować dziesiątek okrętów. Przyłączone do Korony obszary aż do powstania Chmielnickiego przynosiły ogromne zyski. – W czasie tych kilku dekad wzrost elementu etnicznie polskiego na tych terenach wynosił od kilkudziesięciu do kilkuset procent – twierdzi Jan Sowa, socjolog, który w książce „Fantomowe ciało króla” analizował polski kolonializm. Osadników na Wołyń, Ukrainę i Zadnieprze sprowadzał między innymi opisany przez Henryka Sienkiewicza w „Ogniem i mieczem” książę Jeremi Wiśniowiecki. Relacje przybyszy z rdzenną ludnością ruską bardzo przypominały stosunki między panami a niewolnikami. Zdaniem socjologa Adama Ostolskiego z zespołu „Krytyki Politycznej”, podporządkowanie Kresów Polsce miało wszelkie cechy kolonialne. – Odnajdujemy tu charakterystyczny splot politycznej dominacji, gospodarczej eksploatacji oraz poczucia kulturowej wyższości, wyrażającej się w micie misji cywilizacyjnej – wyjaśnia.

Z kolei Jan Sowa zwraca uwagę, że już XVI-wieczni polscy myśliciele porównywali zamorskie posiadłości zachodnich potęg do polskiego panowania nad Kresami. – Polska czerpała wymierne korzyści materialne z panowania nad Ukrainą, porównywalne do zysków państw zachodnich z handlu z zamorskimi koloniami. Świadczą o tym gigantyczne fortuny kresowych magnatów – twierdzi Sowa. Według niego brak zainteresowania polskich władców polityką morską był ściśle związany z decyzją o ekspansji na tereny Ukrainy. Jak uważa, taka polityka kolonialna była błędna i przyczyniła się do upadku I Rzeczypospolitej. – Kresy i tak padły ostatecznie łupem Rosji, a walka o nie doprowadziła w dużej mierze do wykrwawienia się potężnego kiedyś państwa polskiego. Jednocześnie zaniedbanie polityki morskiej na Bałtyku otworzyło Szwedom drogę do łatwej inwazji na tereny polskie, co przyczyniło się do zrujnowania kraju – wyjaśnia Sowa. Szlacheckie państwo stało się w końcu ofiarą kolonialnych ambicji swoich sąsiadów.

Imperialne mrzonki?

XIX wiek był stuleciem państw narodowych. Nacjonalistyczne ideologie zakładały, że naród i państwo są na tyle ważne, że wszystko należy podporządkować ich dobru i rozwojowi. To jedno ze źródeł ówczesnego przyzwolenia na kolonialny wyzysk. Inną przyczyną były względy ekonomiczne. Dzięki panowaniu nad zamorskimi terytoriami największe mocarstwa jeszcze bardziej rosły w siłę. Kolonie stanowiły dodatkowe rynki zbytu, które pozwalały przemysłowi na produkcję większej ilości towarów. Były też źródłem tanich surowców i siły roboczej oraz celem emigracji tych, którzy w rodzinnym kraju nie dawali sobie rady.

W tamtym czasie Polska znajdowała się wprawdzie pod panowaniem obcych imperiów, ale Polakom nie przeszkadzało to snuć zdobywczych marzeń. W 1882 roku wyprawę do wybrzeży Kamerunu zorganizował niejaki Stefan Szolc-Rogoziński. Urodzony w Kaliszu podróżnik twierdził, że chce w ten sposób zwrócić uwagę świata na zniewoloną Polskę, a jego starania poparli między innymi Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz. W kwietniu kolejnego roku członkowie wyprawy, na pokładzie statku „Łucya-Małgorzata”, dopłynęli do celu. Na kupionej od lokalnego przywódcy wyspie założyli stację badawczą, która miała służyć za bazę wypadową do dalszych ekspedycji. Wkrótce udało im się kupić także około 30 kilometrów kwadratowych ziemi pod budowę kolonii. Niestety trzy lata po wypłynięciu Szolca-Rogozińskiego Kamerun został na podstawie ustaleń międzynarodowych przyznany Niemcom.

Na kolejną przygodę z koloniami Polacy musieli poczekać aż do odzyskania niepodległości. Kiedy to nastąpiło, część elit szybko uznała, że zamorskie terytoria bezwzględnie należy zdobyć. Miało to pewne uzasadnienie. Zdaniem Jana Sowy imperialne marzenia Polski wynikały z porównania z państwami zachodu Europy. – Wszystkie zachodnie potęgi miały zamorskie posiadłości i budowały na nich swoją pozycję. Stąd przekonanie, że jeśli Polska ma być mocarstwem, również musi mieć kolonie – mówi socjolog. I Rzeczpospolita nie załapała się na zamorską ekspansję terytorialną, więc teraz próbowano to nadgonić.

W latach dwudziestych i trzydziestych, być może z powodu doświadczenia zaborów, nad Wisłą zaczęto propagować idealistyczną wizję kolonializmu. Miał on rzekomo polegać przede wszystkim na pomaganiu rdzennej ludności i podnoszeniu jej stopy życiowej. O żadnym wyzysku nie było nawet mowy. Mimo to nadal panowało powszechne przekonanie, że ludzie innych ras nie dorastają do rządzenia się własnymi prawami i powinni znaleźć się pod opieką Europejczyków. Dużą zasługę miał w tym wspomniany Sienkiewicz. Ten XIX-wieczny powieściopisarz, który sam był obywatelem drugiej kategorii w zaborczym państwie, nie tylko nauczył rodaków, że Afrykę zamieszkują dzikusy – w książce „W pustyni i w puszczy” to biali panowie są pozytywnymi bohaterami. Jego powieści historyczne jako dzicz przedstawiają także Kresy Wschodnie. Tamtejsze stepy są w jego narracji niemal końcem świata, siedzibą duchów, upiorów i potworów. Mieszkających tam ludzi pisarz nazywa czernią i tłuszczą, opisując ich barbarzyńskie obyczaje. Są oni równie straszni co fascynujący, ale także nieporadni i zacofani. Tradycja opisywania ruskiej ludności w taki sam sposób jak mieszkańców egzotycznych krajów miała daleko idące skutki w polskiej polityce wschodniej za czasów II RP.

Niedo-kolonie

Na początku XX wieku kolonialny tort był już niemal w całości podzielony. Te państwa europejskie, którym jeszcze nie udało się wykroić wystarczająco dużego kawałka musiały później ciężko pracować w walce z kryzysem. Wkrótce rynki europejskie zaczęły się kurczyć, rosło bezrobocie, naturalnym rozwiązaniem było więc poszukiwanie nowych pól gospodarczego rozwoju. W Polsce szybko rosła liczba ludności, ale wydawało się, że dostęp do morza zapewni nam wielkie możliwości, a ci, którzy nie znajdą pracy na miejscu mogliby budować dobrobyt kraju na nowych terytoriach. Niektórzy politycy i entuzjaści podjęli więc próby zdobycia choćby skrawka obcej ziemi.

Lista ich niepowodzeń jest dość długa, choć najczęściej wynikały one nie z nieudolności, a z panującego akurat układu sił. Już w latach dwudziestych polski wywiad zaczął zbierać informacje o niektórych afrykańskich państwach, między innymi Togo i Kamerunie. W 1927 roku próbowano wysyłać osadników do Peru, trzeba ich było jednak ewakuować z powodu skrajnie trudnych warunków życia na przydzielonej im ziemi. Rok później utworzono placówki handlowe w Angoli. Kiedy zaczęli tam wyjeżdżać pierwsi żądni przygód śmiałkowie, prasa ogłosiła, że Angola należy się Polakom i że jeśli będzie trzeba, zajmą ją przy użyciu wojska. Portugalia, do której ten kraj wówczas należał, wprowadziła w odpowiedzi obostrzenia prawne, które uniemożliwiły Polsce dalszą obecność na ich terenie. Podobnie postąpili Brazylijczycy, kiedy polscy osadnicy zaczęli napływać do tamtejszego stanu Parana. Wydawało się, że sukcesem może być współpraca z Liberią, ale plantacje, które zbudowali tam wysłannicy Ligi Morskiej i Kolonialnej przetrwały tylko kilka lat.

W międzywojniu inwestowano jeszcze w ziemię w Argentynie i negocjowano z Francją w sprawie osadnictwa na Madagaskarze, a w 1939 roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych badało nawet możliwości przejęcia połaci Antarktydy. Żadnego z tych planów nie udało się zrealizować, za to aż do wybuchu II wojny światowej Warszawa utrzymywała pod swoją kontrolą etnicznie niepolskie ziemie na wschodzie, z których czerpała zyski kilka stuleci wcześniej. Niezadowolenie Ukraińców z takiego stanu rzeczy wiele razy znajdowało ujście w zamachach terrorystycznych, a później w krwawych walkach na tle narodowościowym. Po raz kolejny panowanie nad „wschodnimi koloniami” obróciło się na niekorzyść Polski, która wkrótce na długie lata stała się zapleczem surowcowym dla silniejszych od siebie państw.

Smutek zdobywców

Złośliwość historii sprawiła, że Polacy byli zarówno kolonizatorami, jak i kolonizowanymi. Właściciele Ukrainy i niedoszli zdobywcy Ameryki Południowej i Afryki sami cierpieli jako wyzyskiwany, podporządkowany innym naród. – Pozostawiło to trwałe ślady w polskiej kulturze – uważa Adam Ostolski. – Niekończącą się oscylację między kompleksem wyższości i niższości oraz obsesję niewinności i skłonność do ukrywania się na bezpiecznej pozycji ofiary. Te rysy polskiej kultury bardzo trudno przepracować – twierdzi. – W naszej zbiorowej świadomości historycznej bardzo silnie obecne jest poczucie krzywdy wyrządzonej nam przez kolonizatorów połączone z wyparciem krzywd, które my sami wyrządziliśmy na Kresach – dodaje Jan Sowa. – Brak rozliczenia z polskim kolonializmem kresowym to jedna z ważniejszych luk w naszej pamięci oraz polityce historycznej – mówi.

Polska zyskała niewiele kolonizując Kresy, ale jak wiele straciła na braku zamorskiego imperium? Mamadou Diouf, założyciel fundacji „Afryka Inaczej” uważa, że to zbyt abstrakcyjne pytanie. – Polska nie mogła mieć kolonii, bo sama nią była – mówi. Jak dodaje, dziwi go, że zamiast cieszyć się z odzyskanej po 1918 roku wolności Polacy zamierzali postawić innych ludzi w równie mało godnej pozazdroszczenia sytuacji, jak ta, z której sami dopiero się wyplątali. A spodziewane korzyści gospodarcze? Choć z pewnością by się pojawiły, to według Adama Ostolskiego zamorskie kolonie nie poprawiłyby pozycji Rzeczypospolitej, która zawsze pozostawała na gospodarczych peryferiach. – Ich brak sprawił jednak, że kolonialny wymiar polskiej kultury nigdy nie został naprawdę uświadomiony – zaznacza Ostolski. – W efekcie jesteśmy słabo przygotowani na imigrację z globalnego Południa, trudniej nam wyobrazić sobie wyzwania, jakie rodzi wielokulturowość. Fantazja o udziale w europejskim kolonializmie naznaczyła też trwale naszą kulturę polityczną – twierdzi. Mamadou Diouf uważa, że nie trzeba mieć terytoriów zamorskich, żeby być otwartym na inne kultury. – Pokazuje to przykład Norwegii czy Szwecji. Polska diaspora żyje w wielu krajach, powinniśmy więc pozwolić innym znaleźć własny kąt u nas – mówi.

W kolejnych dekadach imigranci będą nad Wisłą coraz bardziej potrzebni. Żeby przygotować się na wyzwania, które postawi przed nami zmieniający się świat warto sobie uświadomić, że również Polacy muszą odrobić lekcję z kolonializmu. I bardziej krytycznie spojrzeć na niektóre stare książki.

© Tomasz Augustyniak, 2013

Reklamy