Polska Antarktyda

Kiedyś stacja antarktyczna imienia Henryka Arctowskiego miała nam zapewnić dostęp do bogatych łowisk. Dzisiaj pozostaje wspomnieniem snów o potędze, ale w przyszłości może się okazać dobrą inwestycją. O ile wcześniej nie obróci się w zgliszcza.Obrazek


Nad Zatoką Admiralicji unosi się ciemny dym. Wśród ustawionych na lądzie żółtych baraków krzątają się ludzie, słychać krzyki. Na Wyspie Króla Jerzego płonie stacja imienia Henryka Arctowskiego – jedyna polska placówka w Antarktyce. Na miejscu jest kilkunastu polskich badaczy, którzy podejmują nierówną walkę z żywiołem. Wieje jednak silny wiatr, stacji nie ma czym gasić i mimo pomocy Brazylijczyków po kilku godzinach najważniejsze budynki są zupełnie spalone. Wybuchają zbiorniki z paliwem i jedna z osób próbujących gasić pożar ginie. Kiedy z położonej trzydzieści kilometrów dalej chilijskiej bazy przypływają dwie łodzie ze sprzętem gaśniczym, jest już za późno i załogi mogą tylko pomagać rannym. W pobliżu dymiących resztek wkrótce lądują dwa śmigłowce, które zabierają ocalałych Polaków na stację Eduardo Frei. Polarnicy z „Arctowskiego” muszą tam spędzić kilka tygodni, bo statek, który ma ich zabrać do domu przypływa dopiero w marcu.

Ten scenariusz wydarzeń jest dość prawdopodobny. Pożar o takiej skali naprawdę miał miejsce o kilka kilometrów dalej, po drugiej stronie zatoki. W ubiegłym roku spłonęła w ten sposób brazylijska stacja Comandante Ferraz. Brazylijczycy już ją odbudowują. Dla Polski taki wypadek mógłby oznaczać koniec badań Antarktydy.

Najzimniejszy kontynent

W prawdziwym świecie program badań antarktycznych nie leży jeszcze w zgliszczach, a w lutym ubiegłego roku to polscy badacze, razem z Chilijczykami i Argentyńczykami, pomagali brazylijskim kolegom. Polarnicy na Wyspie Króla Jerzego tworzą zgraną społeczność. – Wzajemnie sobie pomagamy. Kiedy dzieje się coś złego, działamy jak pospolite ruszenie – opowiada Dariusz Puczko odpowiedzialny za logistykę polarnych wypraw. Przyjacielskie kontakty są utrzymywane także na co dzień. Załogi stacji odwiedzają się, razem spędzają Sylwestra, polską Wigilię i amerykańskie Święto Dziękczynienia. Niedawno, z okazji urodzin swojej stacji, Polacy zorganizowali imprezę, w której uczestniczyli goście z Peru, Brazylii i Argentyny. Zdarza się, że zagraniczni naukowcy spędzają na „Arctowskim” całe tygodnie, prowadząc swoje badania.

Żeby naukowcy mogli pracować, zapasy jedzenia, paliwa i sprzętu co roku muszą być dowożone z Polski. Najpierw spod Warszawy jadą do Gdyni, a później są ładowane na statek, na który wchodzi także część badaczy. Podróż trwa ponad miesiąc. Kiedy wreszcie dobiega końca, czasu na dostarczenie ładunku na ląd jest niewiele. Statek zabiera jeszcze uczestników poprzedniej wyprawy, niepotrzebny sprzęt i odpływa. Choć na polskiej stacji mogłoby mieszkać czterdzieści osób, to w ostatnich latach jest ich dwa razy mniej, a grupy zimujące liczą tylko kilkoro uczestników. Teraz w archipelagu Szetlandów Południowych jest już jesień i kilka stopni poniżej zera. To o wiele lepiej niż zimą, kiedy wieją huraganowe wiatry, a termometry wskazują nawet minus trzydzieści stopni. U wybrzeży Zatoki Admiralicji mieszka siedmioro zimowników.

– Życie powoli przechodzi w spokojny, zimowy rytm – relacjonuje Marek Zieliński, szef obecnej wyprawy. Nie oznacza to jednak, że będzie wiało nudą. Jak dodaje Zieliński, załoga przygotowuje właśnie nową rozdzielnię prądu, ostatnio w części budynków zamontowała też monitoring. Pracy przy konserwacji sprzętu i budynków jest dużo, a łączność ze światem zapewniają telefony oraz Internet. Oprócz prowadzenia długich rozmów załoga może też czytać gazety i oglądać filmy. Latem jest weselej, bo na „Arctowskiego” oprócz zagranicznych naukowców zaglądają także turyści – średnio 3 tysiące w każdym roku. Chociaż naukowcy nie mają z tego żadnych korzyści, to obok latarni morskiej zorganizowali nawet centrum turystyczne. Zwiedzającym przypominają, że to polski kawałek Antarktydy.

Polska w Antarktyce

Polska była trzynastym państwem na świecie, które podpisało Traktat Antarktyczny. Dokument miał zapobiec konfliktom ustanawiając Antarktykę własnością całej ludzkości i terenem, którego nie można wykorzystywać do celów wojskowych ani wydobywać tam surowców. Kiedy w latach 70. Polacy zaczęli wyczerpywać swoje dalekomorskie łowiska, zaczęły się gorączkowe poszukiwania nowych. Kraj przeżywał okres rozwoju gospodarczego i wszechogarniającej propagandy sukcesu, cena nie grała więc roli. Odpowiedni pomysł podsunęli badacze biegunów, którzy uczestniczyli już w polsko-radzieckich wyprawach na mroźne południe. Przeforsowali wysłanie tam ekspedycji naukowej, która miała oszacować zasoby ryb i kryla u wybrzeży siódmego kontynentu. Ponieważ te okazały się bardzo obfite, rząd zdecydował, że wyśle tam statki rybackie. Pozostawał jeden problem. Na mocy międzynarodowych porozumień z tamtejszych wód mogły korzystać jedynie floty tych państw, które utrzymywały stałe bazy antarktyczne.

Decyzja o budowie zapadła szybko, a przygotowania trwały od wiosny do jesieni 1976 roku. Przyszli polarnicy pracowali w dzień i w nocy, by zgromadzić cały potrzebny sprzęt. Wielka wyprawa wyruszyła w grudniu. Dwa statki wiozły na Antarktydę ponad 240-osobową ekipę, wiele ton kontenerów i materiałów budowlanych. Po dopłynięciu na miejsce wybór dokładnego miejsca budowy przyszłej stacji zajął szefom wyprawy tylko jeden dzień. Rano, 28 stycznia 1977 roku, MS Zabrze rzucił kotwicę u wybrzeży Wyspy Króla Jerzego. Jak wspominał kierownik wyprawy, profesor Stanisław Rakusa-Suszczewski, pierwszą polską budowlą, która stanęła na wyspie była drewniana ubikacja. Później z pokładu statku zjechały kontenery mieszkalne i agregaty. Zespół pracował codziennie od szóstej rano do jedenastej wieczorem. Stację, złożoną z kilkunastu obiektów, budowano przez kilka tygodni. Wreszcie można było odtrąbić sukces.

Chociaż naukowcy byli zachwyceni, to polskie kutry niezbyt długo pozostały na lodowatych wodach. Po kilku latach zaczęły się także problemy finansowe – pogrążonej w kryzysie PRL nie było już stać na wielkie zamorskie inwestycje, a zmiany po 1989 roku nie przyniosły polarnikom niczego dobrego. Na początku lat dziewięćdziesiątych sytuacja była tak zła, że zapadła nawet decyzja o opuszczeniu stacji, sprzeciwili się jej jednak zimujący naukowcy. Nie tylko odmówili powrotu do kraju, ale także zorganizowali akcję wysyłania listów w obronie „Arctowskiego”. Dodatkowe pieniądze udało się znaleźć organizując wyjazd na Wyspę Króla Jerzego grupie holenderskich naukowców, ale wielkiej wizji rozwoju ciągle brakowało.

Kopalnie przyszłości

Nic się nie zmieniło, kiedy niedaleko polskiej stacji odkryto złoża gazu ziemnego. Wiadomo, że można tam znaleźć też węgiel, ropę i uran, a także podmorskie złoża polimetaliczne i podwodne związki metanu, których nie potrafimy jeszcze wydobywać, ale które badają polscy naukowcy. Polarnicy prowadzą także badania wyspy, morskiej fauny i flory oraz zimnolubnych bakterii. Wszystko to może się przydać w przemyśle medycznym, chemicznym i wydobywczym. O tym ostatnim na razie nie myśli się zbyt intensywnie, bo do 2048 roku obowiązuje protokół , zgodnie z którym na Antarktydzie nie można eksploatować surowców mineralnych. Można byłoby to zmienić wcześniej, ale tylko przy jednomyślnej zgodzie wszystkich państw antarktycznych.

– Nikt nie jest zainteresowany otwieraniem puszki Pandory – mówi jednak wysoki rangą urzędnik w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Ma rację, bo próba ingerencji w dotychczasowy porządek równałaby się wejściu na bardzo śliski grunt. Do 2041 roku antarktyczne pretensje terytorialne krajów leżących w pobliżu tego kontynentu i kilku państw europejskich są zamrożone. Jest wiele terytoriów spornych, więc późniejsze negocjacje nie będą łatwe. Niewykluczone, że kiedy międzynarodowe układy przestaną obowiązywać, poszczególne kraje dostaną zgodę na prowadzenie wydobycia w przypisanych sobie strefach. Na razie można tylko badać potencjalne złoża, ale choćby dlatego na Antarktydzie warto być. Na całym świecie trwa poszukiwanie nowych zasobów, bo dotychczasowe złoża ropy i gazu są na wyczerpaniu. To dlatego już dziś zainteresowane państwa wysyłają na Antarktydę setki ludzi, tony sprzętu, dziesiątki samolotów i okrętów. Chociaż rząd w Warszawie nie ogłosił żadnych dalekosiężnych planów związanych z tamtym rejonem świata, to chce utrzymywać obecność na najzimniejszym z kontynentów. Tylko że robi to na pół gwizdka.

Twarda rzeczywistość

Brazylijska stacja Comandante Ferraz, która spłonęła w zeszłym roku, była o siedem lat młodsza od „Arctowskiego”. Przyczyną pożaru, w którym zginęły dwie osoby, mogło być zwarcie w instalacji elektrycznej. Na miejscu starej bazy powstaje już nowa, znacznie nowocześniejsza, która ma kosztować około 10 milionów dolarów. Polscy polarnicy mogą tylko pomarzyć o takiej kwocie. Z zazdrością patrzą też na położoną niedaleko bazę Eduardo Frei, która wygląda jak miasteczko, z własnym bankiem, pocztą, lotniskiem i stacją radiową. Chilijski rząd nie skąpi też na helikoptery, samoloty i okręty marynarki wojennej, które często zapuszczają się w te strony. Mieszkańcy wybrzeża Zatoki Admiralicji muszą się zadowolić starymi amfibiami i ciągnikami, paroma skuterami śnieżnymi i pontonami. O śmigłowcu nawet nie ma mowy.

Chociaż wbrew narzekaniom naukowców stacji raczej nie grozi zupełna zagłada, to od lat jest ona poważnie niedoinwestowana, a gdyby doszło tam do pożaru, Polski nie byłoby zapewne stać na jej odbudowę. W tym roku Instytut Biochemii i Biofizyki PAN, któremu podlega „Arctowski”, nie dostał pieniędzy na utrzymanie warszawskiej siedziby polarników i będzie musiał wyłożyć na to własne środki. Nie ma jeszcze pieniędzy na utrzymanie samej stacji – w ubiegłym roku badacze dostali na to niecałe 2,9 mln złotych. Szacują, że brakuje ponad miliona rocznie.

– Najwyższa pora, aby odciążyć biedne Ministerstwo Nauki i finansować stację bezpośrednio z budżetu państwa – mówi doktor Małgorzata Korczak-Abshire z Zakładu Biologii Antarktyki. Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego faktycznie nie stać na dużo więcej, a odkąd Zakład Biologii Antarktyki nie jest samodzielną jednostką naukową, o pieniądze jest jeszcze trudniej. Polarnicy starają się więc o pomoc gdzie indziej. – Ministerstwo Rolnictwa wyraziło wstępne zainteresowanie wsparciem naszych programów monitoringowych – opowiada doktor Korczak. Chodzi o badanie populacji fok i pingwinów, na którego podstawie ustala się później limity połowów kryla i ryb, które są pożywieniem tych zwierząt.

Nawet jeśli pieniądze na to uda się zdobyć, będzie to kropla w morzu potrzeb. Większość rocznego budżetu stacji i tak trzeba będzie wydać na wynajęcie statku i opłaty portowe. Po zakupie zapasu jedzenia i dokonaniu bieżących napraw pozostanie bardzo niewiele. Jeden w pełni uzbrojony polski myśliwiec F-16 kosztuje 73 miliony dolarów. Za taką kwotę można byłoby utrzymać „Arctowskiego” na przyzwoitym poziomie przez kilkanaście lat, a gruntowny remont stacji kosztowałby zaledwie kilka milionów złotych. To pieniądze, które lepiej zainwestować teraz, niż później płakać nad zgliszczami i utraconym głosem na dalekim południu.

Artykuł opublikowany na portalu Onet.pl
© Tomasz Augustyniak, 2013

Reklamy