Program Meteor

Pół wieku temu rząd PRL postanowił rozwinąć własną technologię rakietową. Kiedy zbudowanym w Polsce rakietom udało się przekroczyć barierę kosmosu, realizację programu przerwano.

wiktor204

Mierzeja Łebska, 10 lipca 1970 roku. W niebo strzelają kolejno dwie smugi dymu i ognia, które szybko znikają w przestworzach. To wyjątkowy dzień, bo wystrzelone pociski za chwilę przekroczą umowną granicę kosmosu. Chociaż sukces jest niewątpliwy, to nikt nie zamierza świętować. Pracy jest jeszcze zbyt wiele. Dwie kolejne rakiety Meteor-2K zostaną wysłane w przestrzeń jesienią tego samego roku i uzyskają podobny wynik. W ramach tajnego eksperymentu w bazie pod Łebą zostanie przeprowadzonych w sumie ponad trzysta startów. Ale polska rakieta kosmiczna już nigdy później nie wzbije się w powietrze.

Gotowi do startu

Młodzi inżynierowie z krakowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Astronautycznego zaczęli myśleć o lotach rakietowych na długo przed wystrzeleniem przez Sowietów pierwszego sztucznego satelity Ziemi. Niektórych inspirowała planowana w latach trzydziestych misja naukowa, której celem były badania stratosfery. Wybuch wojny uniemożliwił wprawdzie lot załogowego balonu „Gwiazda Polski”, ale powojenni śmiałkowie byli w nieco lepszej sytuacji. Szybko zaczęli realizować swoje plany. Czasy im sprzyjały, bo po 1956 roku nieco zelżał żelazny uścisk, w którym Związek Radziecki trzymał Polskę. Wykorzystywało to także wojsko, które również zaczęło prace nad własnymi rakietami. Powstawały w Zakładzie Techniki Rakietowej przemianowanym później na Zakład Konstrukcji Specjalnych Instytutu Lotnictwa.

10 października 1958 roku krakowski zespół wystrzelił z Pustyni Błędowskiej swoją pierwszą rakietę doświadczalną. RM-1 miała 80 centymetrów wysokości i ważyła niecałe pięć kilogramów. „Wszyscy znajdujący się w bunkrze przywarli do peryskopów, przez które – ze względu na bezpieczeństwo – odbywała się obserwacja” – opowiadał Jacek Walczewski, konstruktor rakiety i ojciec późniejszego programu Meteor. „Włączyłem zapłon substancji dymnej i po chwili przez lunetę nożycową zobaczyłem, że z otworów głowicy rakiety wydobywa się biały dym. Kiedy dym zgęstniał – nacisnąłem czerwony przycisk start. W pierwszym momencie z dyszy rakiety zaczął się wydobywać dym, a potem… rakieta zniknęła z wyrzutni”. Ekipa usłyszała huk silnika, ale kiedy jej członkowie wybiegli z bunkra, rakiety nie było już widać – niemal w mgnieniu oka osiągnęła pułap ponad trzech kilometrów.

Choć następne próby nie były już pasmem sukcesów, to inżynierowie intensywnie pracowali nad kolejnymi typami rakiet. Jedna z nich, RM-2D, w kwietniu 1961 roku wyniosła na ponad 1500 metrów dwie białe myszy. Obie przeżyły. Zespół potrzebował jednak bazy technicznej, pieniędzy i fachowców. Żeby to wszystko uzyskać, pasjonaci zdecydowali się na współpracę z Instytutem Lotnictwa. Walczewskiemu udało się przekonać decydentów, że rakiety meteorologiczne pomogą w planowaniu sezonowych prac w rolnictwie. Zbiegło się to w czasie z rezygnacją z budowy rakiet dla wojska i rakietnictwo można było częściowo spopularyzować.

– Kiedy rakiety zaczęły nam wychodzić, pojawiły się o nich materiały w prasie – wspomina Wiktor Kobyliński, jeden z dawnych pracowników Zakładu Konstrukcji Specjalnych. Szef Zakładu, Jerzy Haraźny, jeden z modeli zaprezentował nawet w telewizji. – Panował prawdziwy entuzjazm rakietowy – dodaje Kobyliński. Na jego fali udało się zdobyć wojskowe paliwo i zorganizować rakietową pocztę dla filatelistów. Państwowy Instytut Hydrologiczno-Meteorologiczny zamówił u konstruktorów pociski do sztucznej regulacji pogody i badań atmosfery. Z pierwszego zastosowania po kilku latach zrezygnowano, bardziej użyteczne okazały się rakiety meteo, których konstruktorami byli Jacek Walczewski i Jerzy Haraźny. W 1965 powstał prototyp rakiety Meteor-1. Podczas pierwszych prób wykonano pomiary wiatrów stratosferycznych na wysokości ponad 30 kilometrów. Zapadła decyzja: program będzie kontynuowany. Od 1966 produkowano czterdzieści egzemplarzy Meteora-1 rocznie. Przez kolejne lata sondowano nimi atmosferę na wysokościach trzykrotnie przekraczających pułap osiągany dziś przez samoloty pasażerskie. Polska była szóstym krajem na świecie robiącym to regularnie. Początkowo sondaże były prowadzone z okolic Ustki przy pomocy przenośnego sprzętu, ale później naukowcy przenieśli się do stałej bazy pod Łebą.

O krok od kosmosu

Stację Sondażu Rakietowego Łeba założono w 1967 roku na przesmyku między morzem a jeziorem Łebsko. Był to teren dawnego hitlerowskiego poligonu, na którym Niemcy zamierzali testować różne typy rakiet. Nowi gospodarze postanowili wykorzystać zniszczone schrony, betonową płytę i zagłębienie przygotowane na stanowisko startowe. W jednym z wyremontowanych budynków zorganizowano magazyn, w drugim stanowisko dowodzenia. Zbudowano też halę montażową i obrotową wyrzutnię z regulowanym kątem podniesienia dla rakiet nowego typu: Meteor-2. Z hali do wyrzutni poprowadzono tor, po którym specjalnym wózkiem przemieszczano gotową rakietę. Zajmująca zaledwie około hektara stacja dysponowała własnym agregatem prądotwórczym, a jej teren był ogrodzony i strzeżony przez leśników. Ponieważ starty nie odbywały się codziennie, to jej obsługa nie mieszkała na miejscu – ekipa dojeżdżała z Warszawy i Krakowa. Jej członkowie zwykle docierali nad morze regularną komunikacją, mieli też do dyspozycji należącą do Instytutu Lotnictwa ciężarówkę Star 66. Ich prace, zarówno pod Łebą jak i w biurach, były tajne. Jak relacjonował jeden z pracowników, dokumentację pod koniec dnia należało zdać do archiwum, a rano pobrać za pokwitowaniem. Pokoje, w których pracował zespół, plombowano. Nic dziwnego, bo w tym samym czasie Łebę odwiedzali specjaliści z ZSRR, Bułgarii, Rumunii i wschodnich Niemiec, którzy chcieli dowiedzieć się czegoś o polskich konstrukcjach. Wymiana informacji nie mogła obejmować całej zgromadzonej w archiwach wiedzy. Chociaż projektanci polskich rakiet nie narzekali na nadmiar gotówki, to na razie mogli spać spokojnie – przyznano im rządowe środki na pięć lat. Nadal prowadzili więc odstrzały małych rakiet i pracowali nad kolejnymi.

Prototyp Meteora-2 wystartował w 1968 roku. Rakieta miała na pokładzie spadochronową sondę przeznaczoną do pomiarów wiatru i temperatury. Do badań atmosferycznych i określania pułapu używano chmur tzw. dipoli, metalizowanych skrawków specjalnego tworzywa, wystrzeliwanych z rakiety i śledzonych później przez stacje radiolokacyjne. Na arkuszach z technicznymi rysunkami pojawiały się coraz bardziej zaawansowane projekty. Ich owocem był największy z pojazdów. Meteor-2K mierzył ponad 4 metry, a z dwoma dodatkowymi silnikami ważył 420 kilogramów. Jego maksymalny pułap ustalono na 105 kilometrów. Dwie rakiety tego typu po raz pierwszy wystartowały 10 lipca 1970 roku, przekraczając umowną granicę przestrzeni kosmicznej. W październiku przeprowadzono kolejne dwa starty, które niespodziewanie okazały się ostatnimi. Ktoś pilnie obserwował sukcesy polskich inżynierów i w końcu zdecydował się powiedzieć „stop”.

Ambitne plany

Daty wszystkich prób rakietowych były doskonale znane. Z wyprzedzeniem ogłaszano, kiedy morze w rejonie Łeby będzie zamknięte dla statków. Wszystkie loty za pomocą radiolokatorów obserwowali nie tylko polscy wojskowi, ale również Sowieci, którzy dzięki temu świetnie znali osiągi fruwających nad Bałtykiem rakiet. Choć na budowę Meteorów-2 wydano niewiele ponad 30 milionów złotych, to oficjalnie uznano, że były zbyt drogie i nigdy nie wprowadzono ich do seryjnej produkcji. Na razie nic jednak nie wskazywało, żeby program rakietowy miał zostać całkowicie zamknięty. Konstruktorzy zbudowali tańszą wersję Meteora, oznaczoną numerem 3, która osiągała wysokości rzędu 65 kilometrów. Na wszelki wypadek ktoś dopilnował, by oficjalne liczby dotyczące wysokości lotów z 1970 roku nie przekroczyły stu kilometrów – nigdy nie dokonano pełnych obliczeń. Konstruktorzy nie chcieli koniecznie bić rekordów, a pokonaniem granicy przestrzeni kosmicznej nie należało się wtedy chwalić. Wiktor Kobyliński, który był obecny przy jednej z rekordowych prób, wspomina, że rakiety Meteor-2K startowały z wyrzutni podniesionej tylko do 75 stopni, nie wykorzystywano więc ich pełnych możliwości. To był jedyny sposób, żeby nie zwrócić na siebie zbyt bacznej uwagi wielkiego sojusznika. Prace nad coraz ambitniejszymi projektami szły jednak pełną parą. Już podczas projektowania pierwszej wersji Meteora-2 konstruktorzy brali pod uwagę łączenie silników w wiązki.

– Był 1967 rok, kiedy zaproponowaliśmy wykorzystanie istniejących rakiet. Jedna z wersji nowego projektu przewidywała dodanie stopnia startowego składającego się z wiązki trzech silników Meteora-1– mówi Kobyliński. – Z obliczeń komputerowych wynikało, że osiągi takiej rakiety byłyby olbrzymie! Latałaby na ponad sto kilometrów – ocenia. Po chwili przyznaje, że nikomu nie przyszło wtedy do głowy, żeby ją zbudować, zleceniodawca płacił przecież tylko za sześćdziesiąt kilometrów. Mimo braku wystarczających funduszy powstały rysunki obrazujące, jak łączyć silniki w wiązki i rakiety wielostopniowe mogące latać nawet na kilkaset kilometrów.

– Dostępne wtedy zdjęcia rakiety Wostok, którą w kosmos poleciał Gagarin, nie pokazywały jej geometrii. Później okazało się, że na dole jest tam cały pęczek rakiet. Wpadliśmy na ten sam pomysł – cieszy się Kobyliński. Po sukcesie Meteora 2-K opracowano studialny projekt dwustopniowej rakiety Meteor-4 mogącej startować z istniejącej bazy i osiągać pułap 150 kilometrów. Specjaliści od silników byli gotowi do zbudowania maszyny o sile ciągu dziesięciokrotnie większej, niż miał Meteor-2. Gdyby udało się zrealizować inne projekty, które na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych leżały na deskach konstruktorów, teoretycznie można byłoby wynosić w przestrzeń nieduże satelity.

Rozkaz: zamknąć program!

Dziś nie wiadomo, ile Sowieci wiedzieli o potencjale polskiego programu rakietowego. Pracujący przy nim zespół projektowy rozwiązano pod koniec 1970 roku, choć wiadomo, że decyzja zapadła już dwa lata wcześniej. Przerwano także nierentowną produkcję rakiet meteorologicznych. W 1971 naukowcy wykonali ostatnią, okrojoną, serię regularnych sondaży atmosfery. Polskie rozwiązania techniczne włączono do systemu rakiet meteo budowanych z innymi krajami bloku socjalistycznego w ramach programu Interkosmos. Dopuszczając Polskę do tych prac Sowieci mogli ją jednocześnie mocno kontrolować i korzystać z jej osiągnięć, co zresztą zrobili kopiując i ulepszając jedną ze zbudowanych nad Wisłą rakiet. „Badania nad rozwojem technik rakietowych zostały w Polsce przerwane, gdyż Związek Radziecki przypisał sobie monopol na rozwijanie technik rakietowych w bloku wschodnim” – lakonicznie stwierdził prof. Piotr Wolański w wydanym w 2009 roku kwartalniku naukowym Instytutu Lotnictwa. Oprócz przyczyn geopolitycznych był jeszcze inny powód, dla którego program rakietowy wylądował na śmietniku. W 1968 Jerzy Haraźny zaczął promować osiągnięcia zespołu.

– Zdjęcie klauzuli tajemnicy i zbytnie chwalenie się sukcesami mogło mu zaszkodzić – twierdzi Wiktor Kobyliński i pokazuje stary numer biuletynu wydawanego przez Instytut Lotnictwa. Z okładki uśmiecha się czarnowłosa modelka w bikini, stojąca na wyrzutni przed rakietą. Często pojawiający się w mediach rakietowcy, którzy odważnie promowali swoje prace musieli być solą w oku niektórym kolegom. To zawiść mogła przypieczętować los zespołu, który być może dałoby się jeszcze uratować. Ostatnią rakietą, która wzbiła się w powietrze z Łeby był Meteor-3E, wystrzelony 6 czerwca 1974 roku. Następnego dnia pracownicy zdemontowali stanowiska startowe, spalili cały zapas paliwa i zakonserwowali urządzenia. Nigdy więcej nie wrócili do Łeby.

„Uczestnictwo w budowie i odstrzałach rakiet było (…) przygodą jedyną w swoim rodzaju” – pisał po latach Jacek Walczewski. „Pracowite noce pod wyrzutnią na Pustyni Błędowskiej czy na brzegu morskim, pełne napięcia chwile w huczącym pudle radaru, w oczekiwaniu na pojawienie się sygnału dipoli, trudne momenty awarii i niepowodzeń – i tyle innych przeżyć, których nie da się zapomnieć. A zwłaszcza – moment kulminacyjny każdej próby, start, i urzekający, mający w sobie niemal magiczną siłę przyciągania – widok wznoszącej się ku niebu rakiety”.

Znowu na start?

– Rosjanie się przestraszyli, że im trafimy w Moskwę – ironicznie podsumowuje tamte zamierzchłe czasy Robert Magiera z Polskiego Towarzystwa Rakietowego. Jest chłodny styczniowy dzień tego roku. Magiera to przedstawiciel kolejnego pokolenia pasjonatów rakietnictwa. Działające od trzech lat Towarzystwo zrzesza sześćdziesiąt osób i raz w roku organizuje dwudniową imprezę modelarską. Wysokości, które osiągają budowane przez jego członków konstrukcje, czasami modele redukcyjne rakiet z lat sześćdziesiątych, nawet nie zbliżają się do ich osiągów. Pułapy nie przekraczają na razie 5 kilometrów. – Chcemy wspinać się dalej – deklaruje Magiera. – Wspiera nas wojsko, udostępniając między innymi poligon w Toruniu. Otrzymaliśmy też wstępną zgodę na strzelanie w Drawsku Pomorskim – zdradza.

Razem z bratem Andrzejem założył firmę, która ma się specjalizować w budowie rakiet sondażowych i badawczych. Możliwości widzą na pułapie od 40 do 120 kilometrów. To wysokości, na których nie latają już balony meteorologiczne ani samoloty, a rakieta może. Takie loty oferuje już odpłatnie szwedzka agencja kosmiczna, umożliwiając zleceniodawcom prowadzenie pomiarów w warunkach suborbitalnych. Rakieta poruszająca się lotem balistycznym na wysokościach powyżej 50 kilometrów wytwarza na pokładzie mikrograwitację, która pozwala na prowadzenie eksperymentów niemożliwych do zrealizowania na Ziemi,takich jak wytwarzanie niedających się normalnie uzyskać stopów metali. Czy stać nas na więcej? Na razie nikt nie myśli o tym serio, choć na wystrzelenie czeka już polski satelita „Lem”. Nie wiadomo, czy Polacy, którzy byli od tego o krok, będą kiedyś mogli własnymi siłami wynosić aparaturę na orbitę. Potrzebna byłaby do tego wola rządu, ale polscy politycy na słowo „kosmos” ciągle jeszcze reagują kpiącym śmiechem. Tanie rakiety, w tym służące do wynoszenia małych satelitów, są jednak potrzebne, choćby w Europejskiej Agencji Kosmicznej, której Polska została niedawno członkiem. Jest też zapotrzebowanie na badania stężenia dwutlenku węgla produkowanego przez samoloty. Członkowie PTR mają więc szansę. A co stanie się z osiągnięciami inżynierów sprzed ponad czterdziestu lat? Kto wie, być może plany konstrukcyjne rakiet Meteor doczekają kiedyś lepszych czasów.

Artykuł opublikowany na portalu Onet.pl
© Tomasz Augustyniak, 2013

Advertisements

One thought on “Program Meteor

  1. Pingback: Rzeczpospolita kosmiczna | Tomasz Augustyniak

Możliwość komentowania jest wyłączona.