Stacja na lodzie

Arctowski w każdej chwili może przestać działać. Jeśli zabraknie pieniędzy na jego remont, Polska zniknie z Antarktydy i straci szansę na korzystanie z jej bogactw.

polar_pioneer

Do wybrzeży Wyspy Króla Jerzego zawija statek „Polar Pioneer”. Potężna jednostka wpływa do Zatoki Admiralicji – to tam położona jest polska stacja antarktyczna. Zabierze do kraju ostatnich uczestników letniej wyprawy, puste kontenery i nieco sprzętu. Na miejscu pozostanie tylko grupa zimująca.
A droga w przeciwnym kierunku, z Polski na Antarktydę? Ładunek dla stacji – roczny zapas jedzenia, ponad sto ton paliwa i materiały budowlane – przewozi się ciężarówkami z Warszawy do Gdyni, tam wszystko trafia na statek. Na pokład wsiada też część członków wyprawy, reszta dostanie się do bazy przez Amerykę Południową. Ładunek wysłany w ten sposób we wrześniu dociera na miejsce dopiero w grudniu. W marcu, gdy skończy się arktyczne lato, „Polar Pioneer” wróci po część załogi i niepotrzebny sprzęt. I tak rok w rok.
Krzysztof Zubek, weteran wypraw polarnych i jeden z budowniczych stacji, pierwszy raz pokonał drogę na Antarktydę w 1976 roku. Wiosną podjęto decyzję o założeniu placówki, szybko zgromadzono materiały i dokumentację, a ekspedycja ruszyła pod koniec roku.

Statki wiozły ekipę liczącą ponad 240 osób. Budowa trwała dwa miesiące. 26 lutego 1977 roku nadano komunikat, że stacja zaczęła działać. Pierwszej zimy zostało tam 19 osób, w tym Zubek. Ta pierwsza polarna zima nie była łatwa – ludzie nie mieli doświadczenia w projektowaniu budynków zdolnych wytrzymać tamtejsze ekstremalne  warunki. Niektórzy członkowie załogi śle znosili rozłąkę z krajem, niskie temperatury i huraganowy wiatr. Ale to i tak była niewielka cena za tak cenną obecność Polski w Antarktyce. – Kończyły się nam łowiska dalekomorskie, a mieliśmy rozwiniętą flotę rybacką – tłumaczy Zubek. – Trzeba było szukać nowych miejsc, które można byłoby eksploatować.

Aby korzystać z wód strefy konwergencji, trzeba było zostać sygnatariuszem Układu Antarktycznego. Polska stała się więc jego członkiem, a zbudowanie stacji dało nam głos na forum międzynarodowym. Zadowoleni byli i rybacy, i naukowcy, którym Arctowski dał okazję do nowych badań.
Jednak Polacy krótko cieszyli się przysmakami z lodowatych wód. Szybko przestała nam sprzyjać sytuacja geopolityczna. Podczas brytyjsko-argentyńskiej wojny o Falklandy polski rząd poparł Brytyjczyków. W odwecie Argentyńczycy zamknęli nam za to dostęp do łowisk w ich strefie ekonomicznej. Z kolei w innych strefach zaczęły się wyczerpywać zasoby ryb, więc Polska musiała wycofać swą flotę z wód Antarktyki. Został tylko Arctowski.

Siódmy kontynent

Antarktyda to dziwny kontynent. Nie tylko z powodu klimatu i braku stałych mieszkańców, ale przede wszystkim sytuacji politycznej. W przeszłości wiele państw rościło sobie prawa do różnych części tego obszaru. Dlatego w latach 50. podpisano w Waszyngtonie Traktat Antarktyczny, który zamrażał wszelkie pretensje terytorialne. Antarktyda jest od tego momentu własnością całej ludzkości, terenem, którego nie można wykorzystywać militarnie ani wydobywać tam żadnych surowców. A byłoby co wydobywać. – Tam jest cała tablica Mendelejewa – ocenia docent Marek Zdanowski z Zakładu Biologii Antarktyki Polskiej Akademii Nauk. – Pod lodem kryją się prawdziwe skarby: ropa, węgiel czy rudy żelaza i uranu. Nie do ruszenia, przynajmniej dopóki obowiązuje traktat. A gdy przestanie obowiązywać, trzeba się będzie zastanowić, co z tymi bogactwami zrobić. Dzięki istnieniu stacji na Wyspie Króla Jerzego Polska będzie miała w tym względzie prawo głosu – jako jedno z 28 państw, które podpisały antarktyczny pakt.

Życie towarzyskie

O Antarktyce doktor Małgorzata Korczak marzyła od dziecka. Uwielbiała zimno i pracę w terenie, dlatego bez wahania zgłosiła się na wyprawę. Teraz prowadzi badania genetyczne oraz monitoring populacji fok i pingwinów potrzebny do ustalania limitu połowów kryla i ryb, którymi te zwierzęta się żywią. Na pracę w terenie załoga Arctowskiego wykorzystuje niemal każdy pogodny dzień. Prowadzi rozpoznanie geologiczne wyspy, fotografuje morską faunę i florę, przeprowadza dziesiątki eksperymentów. Najgorzej jest w środku zimy, czyli w lipcu i sierpniu, wtedy nie da się prowadzić badań, trzeba za to pilnować, żeby stacja nie została zasypana.

W Arctowskim toczy się życie towarzyskie. Kiedy polarnicy mają wolny dzień, zapraszają gości z okolicznych stacji. Czasami w lecie ktoś rozpali grilla. Ale sielsko jest tylko od święta. Największym zagrożeniem oprócz psującego się sprzętu są huraganowe wiatry, zmienna pogoda i przykryte śniegiem szczeliny w lodowcu, głębokie nawet na kilkaset metrów. – Trzeba bardzo uważać, bo łatwo w nie wpaść – mówi dyrektor Zakładu Biologii Antarktyki PAN, docent Andrzej Tatur. – Dwa lata temu dwaj Argentyńczycy runęli w taką szczelinę ze skuterem śnieżnym. Szukano ich do 150 metrów w głąb, ale nigdy nie znaleziono. Mnie również zdarzyło się wpaść – na szczęście płytko.

Jeszcze groźniejsza od szczelin bywa pogoda. W latach 80. Tatur razem z innym naukowcem wybrał się pontonem poza Zatokę Admiralicji, by zbadać odleglejszy rejon wyspy. W mgnieniu oka rozpętał się sztorm i zaczął padać śnieg. Wiatr zniósł ponton na odległy brzeg, tam w ciągle zasypywanym namiocie polarnicy spędzili kilka dni. Kiedy pogoda się poprawiła, okazało się, że nie działa silnik, więc musieli wiosłować. Po drodze spotkali szukające ich chilijskie helikoptery wezwane przez zaniepokojonych kolegów. Dziś docent Tatur przyznaje, że zabrakło im wtedy wyobraźni. Bo często ludzie sami wystawiają się na ryzyko. Nie wszyscy psychicznie radzą sobie z warunkami, w których muszą żyć.

Ale mimo niebezpieczeństw Antarktyda kusi i chętnych na wyprawy nie brakuje. Może dlatego, że na siódmym kontynencie ciągle jest wiele nie do końca zbadanych rejonów. – To ziemia, która w przeszłości spajała wszystkie kontynenty i kryje jeszcze wiele tajemnic – tłumaczy Tatur. – Tam nadal trwa wyścig odkrywców.

Baza się sypie

Niedawno polarnicy hucznie świętowali 34. rocznicę założenia Arctowskiego. Ale polski klimat wydaje się im nie sprzyjać. – Stacja jest traktowana gorzej niż po macoszemu – narzeka docent Marek Zdanowski, mikrobiolog. Podobnego zdania jest Tatur. W tym roku z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego polarnicy dostali niecałe 740 tysięcy złotych na infrastrukturę w Polsce i trochę ponad 2,5 miliona na funkcjonowanie stacji. Ministerstwo wyjaśnia, że Arctowski, który nie jest jednostką naukową w rozumieniu ustawy, funkcjonuje w ramach Zakładu Biologii Antarktyki PAN. I to zakład dostaje pieniądze na utrzymanie stacji. Dwa razy w roku może wnioskować o środki na projekty badawcze i raz o środki na inwestycje. Fundusze, które ministerstwo przekazało Zakładowi Biologii Antarktyki na działalność stacji, są nawet nieco większe niż w ostatnich latach, ale i tak nie odpowiadają potrzebom.

– To o wiele za mało – ocenia doktor Tomasz Janecki, szef zespołu naukowców pracujących na Antarktydzie. – Wynajęcie statku z opłatami portowymi pochłania dwie trzecie tej kwoty. Trzeba zamówić żywność na cały rok, dokonywać bieżących napraw. Z ministerialnej puli finansuje się też podróż, pensje dla grupy technicznej i paliwo – wylicza. Ładunek ze statku na ląd transportuje się zdezelowaną amfibią, która już długo nie pociągnie, a bez niej trudno będzie pracować. Zresztą koszt przewiezienia ładunku na drugą półkulę od kilku lat systematycznie rośnie. Do tej pory środki wystarczały na bieżącą działalność, teraz, jak szacują naukowcy, brakuje około miliona złotych rocznie.

Na tym jednak nie koniec. Większość sprzętu i budynków na Arctowskim ma ponad 30 lat. Ostatni duży remont przeprowadzono 12 lat temu – wymieniono wtedy baraki mieszkalne. Już wkrótce będzie potrzebny remont bazy, a to koszt kilku milionów złotych. A trzeba by jeszcze zbudować oczyszczalnię ścieków, nową instalację energetyczną, konieczne jest też odnowienie rozsypującej się kuchni i stołówki. Te ostatnie, zbudowane w góralskim stylu, stanowią serce i wizytówkę stacji.

Uczestnicy wypraw sobie radzą, bo innego wyjścia nie mają – cały sprzęt jest utrzymywany na chodzie, choć lada moment może być naprawdę ciężko. Z doktorem Janeckim rozmawiam telefonicznie, przez Internet. – Stacja trzyma się dobrze, ale mamy problemy ze sprzętem – relacjonuje. – Warunki pogodowe są bardzo ciężkie, jest zimno i wietrznie. Wszędzie wciska się słona woda, więc wszystkie metalowe części zużywają się bardzo szybko – tłumaczy. Teraz, kiedy w Polsce na dobre zaczyna się wiosna, na stacji rusza świeżo zbudowany kompleks zbiorników paliwowych – stary zbiornik ma 34 lata i stał się niebezpieczny dla środowiska.

Polacy zazdroszczą Chilijczykom, którzy na Wyspie Króla Jerzego mają pocztę, bank, stację radiową i lotnisko. Z kolei Brytyjczycy zbudowali niedawno nową bazę za, bagatela, 20 milionów funtów, a Peruwiańczycy, którzy na letnią stację Machu Picchu mają trzy razy bliżej niż Polacy na Arctowskiego, dysponują budżetem trzy razy wyższym niż nasz. O finansowym konkurowaniu z tymi krajami nasi badacze mogą tylko pomarzyć.

W zeszłym roku zabrakło pieniędzy na wysłanie szefa zakładu na międzynarodowe spotkanie antarktyczne. W tym roku też są problemy z pieniędzmi, ale wsparcie obiecuje tym razem polskie MSZ. Fundusze potrzebne są też na badania. – Tak, by ich wyniki były adekwatne do naszej pracy – mówi doktor Małgorzata Korczak. – Polscy specjaliści są doceniani wszędzie, tylko nie w Polsce. Polarnikom żal też, że ich badania są mało rozreklamowane – nawet Międzynarodowy Rok Polarny zakończony w marcu 2009 roku przeszedł u nas prawie bez echa. Na razie urzędnicy mówią o naszych badaczach ciepło, tylko na Antarktydzie jakby coraz chłodniej.

Nasz kawałek lodu

Traktat antarktyczny wygaśnie w 2041 roku i nie wiadomo, czy komuś będzie zależało na jego przedłużeniu. To, że o położone pod lodem obszary ziemi zaczyna się prawdziwa walka, pokazali już Rosjanie, którzy trzy lata temu na dnie morza w okolicach bieguna północnego zatknęli swoją flagę. Na nieprzebrane bogactwa Arktyki apetyt mają także Amerykanie i Kanadyjczycy. Wokół Antarktyki jest na razie cicho, ale choć nowa gorączka złota zaczyna się na północy, to prędzej czy później dotrze też na południe.

Zdaniem Rafała Tarnogórskiego, analityka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, możliwe są wtedy dwa scenariusze. Albo po 2041 roku powstanie specjalna agencja do spraw wydobycia surowców, albo pod międzynarodową kontrolą zajmą się tym same państwa w przypisanych im sektorach. Już teraz kraje takie jak Wielka Brytania i Chile uważają całe połacie Antarktydy za swoje terytoria zamorskie, choć nie są one międzynarodowo uznane. Dlatego wciąż utrzymują tam duże zespoły ludzi i mnóstwo sprzętu. – Nie widzę powodu, dla którego poważne państwo miałoby z tego rezygnować – komentuje Tarnogórski. – Obecność na kontynencie to potwierdzenie roszczeń.

Tatur należy do zwolenników scenariusza międzynarodowego. – Jestem przekonany, że Antarktyda będzie w przyszłości wielonarodowościowym państwem, ze swoim parlamentem, rządem, służbami i organizacjami – puszcza wodze fantazji. – Ich zaczątki już kryją się w organizacjach Układu Antarktycznego.
Być może po powstaniu takiego tworu również polskim koncernom uda się coś na tym ugrać. Na razie Polska czerpie korzyści z badań naukowych. Problem w tym, że nasi specjaliści prowadzą głównie badania podstawowe, a więc takie, które nie przynoszą od razu użytecznych wynalazków. Są już jednak odkrycia, które można wykorzystać w przemyśle chemicznym. Na przykład enzym produkowany przez zimnolubne bakterie, który umożliwia pranie w zimnej wodzie. Bada się również wodziany metanu, które w przyszłości być może dadzą się wykorzystać jako paliwo.

Głos w Układzie Antarktycznym to poważny instrument dyplomatyczny, ale bez stałej obecności w regionie nikt go nie będzie słuchał. – Kto raz zdejmie pionki z planszy, nie będzie miał możliwości dalszej gry – przekonuje Rafał Tarnogórski. Trzeba być czujnym – ostrzegają badacze krainy lodu, śledząc przygotowania do eksploatacji złóż mineralnych na Antarktydzie i czekając na lepsze czasy. – Mamy atut, jest nim Arctowski – mówi z przekonaniem docent Marek Zdanowski.

Artykuł opublikowany w tygodniku Przekrój
© Tomasz Augustyniak, 2010

Advertisements