Trzeci Kim: reformator czy kłamca?

Nowy przywódca Korei Północnej stara się pokazać światu od jak najlepszej strony. Mówi się o rewolucji obyczajowej i możliwości reform w rządzonym przez niego kraju, ale zmiany mogą być tylko pozorne.

Festiwal Arirang

Kim Dzong Un stoi na trybunie honorowej i niepewnie, z przejęciem czyta z kartki wystąpienie, przestępując z nogi na nogę. Mówi o samowystarczalności, sile socjalistycznego kraju i przewodniej roli armii, przed którą drżą imperialistyczni agresorzy. Podkreśla, że należy wzmocnić wojsko i wzywa masy do marszu aż do ostatecznego zwycięstwa, po czym z uśmiechem macha do tłumów. Jest 15 kwietnia, setna rocznica urodzin Kim Il Sunga. Jego wnuk, nowy północnokoreański przywódca, właśnie zakończył swoje pierwsze przemówienie. Takich obrazków w Korei Północnej nie widziano od lat, bo zmarły w grudniu Kim Dzong Il, ojciec i poprzednik Dzong Una, prawie nie zabierał głosu publicznie. Zaskoczenie obserwatorów będzie jeszcze większe, kiedy wkrótce młody lider zacznie pojawiać się w towarzystwie żony i sugerować, że zmieni kraj.

Namaszczony przez ojca

Początkowe zdziwienie obserwatorów szybko ustąpiło miejsca chłodnej analizie dostępnych informacji o nowym północnokoreańskim dyktatorze. Młody Kim urodził się w 1983 lub 1984 roku w Pjongjangu. Mówi się, że jego matka, Ko Yong Hui, była prawdziwą miłością poprzedniego wodza Korei Północnej. Zmarła w 2004 roku na raka piersi, z którego nie zdołali jej wyleczyć paryscy lekarze. Jako dziecko młody Kim został wysłany do Szwajcarii, gdzie pod przybranym nazwiskiem uczył się prawdopodobnie najpierw w prywatnej anglojęzycznej szkole w Gümligen, a później w niemieckojęzycznej Liebefeld-Steinhölzli w Bernie. Oficjalnie był synem pracownika szwajcarskiej ambasady Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej.

Z informacji opublikowanych w 2009 roku przez południowokoreański dziennik „Chosun Ilbo” i amerykański „The Washington Post” wynika, że szesnastoletni Kim nie tylko nie miał nic przeciwko Amerykanom – uważanym przez Koreańczyków za największych wrogów – ale nawet był fanem gwiazd NBA. Sam także świetnie grał w koszykówkę, choć poza boiskiem nie rzucał się w oczy i niezbyt dobrze radził sobie z dziewczętami. Jeździł na nartach, nauczył się mówić po angielsku i francusku, a polityka go nie interesowała. Młody Kim z dumą pokazywał kolegom kolekcję butów wartych po 200 dolarów za parę i zdjęcia zrobione z gwiazdami amerykańskiej koszykówki.

Po powrocie ze Szwajcarii około 2000 roku uczył się na Uniwersytecie Kim Il Sunga w Pjongjangu i nie pojawiał się publicznie. Były szef kuchni Kim Dzong Ila wspominał, że Dzong Un był faworyzowany przez ojca, który widział w nim najwięcej własnych cech. Nie wiadomo, kiedy dokładnie zapadła decyzja, że to on zostanie jego następcą, za to jest pewne, że podjął ją sam Kim Dzong Il.

Młody Generał wychodzi z cienia

W okolicach 2008 roku pojawiły się doniesienia, że koreańską młodzież uczono nowej propagandowej pieśni o Generale Kimie, którego zdecydowane kroki sprawiały, że góry i rzeki napełniały się radością. W tamtejszych realiach mogło to oznaczać początek budowania kultu jednostki. Choć nie było to widoczne na zewnątrz, to na wykładach partyjnych i spotkaniach pracowniczych trwała już ustna kampania mająca wypromować zupełnie dotąd nieznanego członka rodziny Kimów.

W styczniu 2009 roku południowokoreańska agencja informacyjna podała w końcu, że Kim Dzong Il oficjalnie wyznaczył Dzong Una na swojego następcę. We wrześniu tego samego roku podróżujący w interesach tajwański turysta sfotografował w Korei plakat ścienny, na którym wypisano gratulacje dla narodu, który ma nie tylko Drogiego Generała Kim Dzong Ila, ale także „młodego Generała” Kim Dzong Una, którego imię wydrukowano na czerwono – w kolorze zarezerwowanym dla rodziny wielkiego wodza. Przez oficjalne media nowy Kim po raz pierwszy został wymieniony rok później, kiedy na zjeździe Partii Pracy Korei otrzymał stopień generalski. Dopiero od tego momentu towarzyszył ojcu podczas uroczystości i podróży po kraju, zaś po śmierci Kim Dzong Ila stanął na czele komitetu pogrzebowego. Wyraźnie przybity oddawał ostatni hołd zwłokom ojca, a podczas pogrzebu 28 grudnia w trzaskającym mrozie szedł bez czapki obok samochodu wiozącego trumnę. Następnego dnia władze za pośrednictwem oficjalnej agencji KCNA ogłosiły, że nie zmienią sposobu zarządzania krajem. Kim Dzong Un został nazwany Wielkim Następcą i przekazano mu kolejne funkcje, między innymi najwyższego dowódcy armii.

Na wzór dziadka

Wizerunek trzeciego Kima okazał się być znacznie cieplejszy, niż prezentowany w oficjalnych mediach obraz jego ojca. Propagandyści chcą go upodobnić do Kim Il Sunga – pierwszego wodza północnej Korei. Młody Kim dużo się więc uśmiecha i często podaje rękę wojskowym i urzędnikom, z którymi się spotyka. Jego atutem jest też fizyczne podobieństwo do dziadka, pogłębiane jeszcze przez odpowiedni chód i fryzurę. Na zdjęciach pojawia się często w takim samym kapeluszu, jak dziadek, nosi bardzo podobny zegarek i ubiera się zdecydowanie lepiej od poprzednika.

– Wizerunek Kim Dzong Una opiera się wyłącznie na wizerunku Kim Il Sunga – potwierdza Nicolas Levi z Centrum Studiów Polska-Azja. – Dzięki dobrej sytuacji gospodarczej, która panowała za jego rządów, Kim Il Sung jest powszechnie szanowany, w przeciwieństwie do Kim Dzong Ila – dodaje. Amerykański koreanista Brian Reynold Myers, autor książki „Najczystsza rasa” o propagandzie Korei Północnej, zauważył, że na oficjalnych ilustracjach Kim Il Sunga przedstawia się na tle świecącego słońca i błękitnego nieba, podczas gdy jego syn często jest portretowany na tle brzydkiej pogody albo nad brzegiem morza, którego fale uderzają o skały. Ma to wskazywać, że zastał trudniejszą sytuację, niż ojciec. Kiedy rządził, tłumaczono, że pogrążony w kryzysie kraj musi skoncentrować się na obronności, a gospodarcze kłopoty schodzą na dalszy plan. Ale kiedy największy kryzys minął, a zwłaszcza później, gdy Kim Dzong Il zmarł, północnokoreańscy spece od PR postanowili wrócić do przyjemniejszego spojrzenia na rolę wodza. W ten sposób zdystansowali się od niesympatycznego Kim Dzong Ila.

– To tylko część prawdy – mówi jednak Balázs Szalontai z seulskiego Uniwersytetu Kwangwoon. – Natura odziedziczonej przez Kim Dzong Una pozycji uniemożliwia szybkie odcięcie się od ojca – wyjaśnia. Jego zdaniem subtelne i stopniowe odchodzenie od dotychczasowego wizerunku przywódcy jest możliwe, ale pewne elementy jego kultu, takie jak częste wizytowanie oddziałów wojskowych, podróże po kraju i osławione udzielanie wskazówek na miejscu pozostaną. Rzeczywiście młody Kim niemal od razu rozpoczął serię gospodarskich wizyt.

Kim patrzy na rzeczy

Po zmianie warty w Pjongjangu w sieci natychmiast pojawił się blog pokazujący nowego przywódcę przyglądającego się różnym osobom i przedmiotom. To kontynuacja bloga „Kim Jong Il looking at things”, którego bohaterem był jego poprzednik. Zachodni internauci w ogóle upodobali sobie Koreę Północną jako wdzięczny temat żartów i często drwią z przesadnej czci, którą są otaczani koreańscy wodzowie.

W internecie łatwo można znaleźć animowane „Przygody Kim Dzong Una”, filmowe przeróbki reżimowych serwisów informacyjnych i złośliwe fotomontaże. Nowy Kim często wypada w nich jednak nie tylko zabawnie, ale i pozytywnie. Zresztą sporo w tym jego zasługi, bo gdy pokazuje się publicznie, sprawia wrażenie dobrotliwego i nieśmiałego. Na początku roku obserwował manewry i odwiedził elitarną szkołę wojskową dla dzieci z rodzin wysokich funkcjonariuszy, do której sam kiedyś chodził. Podał nawet rękę kilku wychowankom i zamienił z nimi parę słów. Później można go było spotkać między innymi w parku rozrywki, stołecznym zoo i delfinarium, a we wrześniu razem z żoną pojawił się w nowootwartym fitness klubie. Obok kwietniowej przemowy do tłumów to właśnie publiczne pojawienie się partnerki Kima było najbardziej rzucającą się w oczy zmianą wizerunkową. Kim Dzong Il konsekwentnie unikał wystąpień publicznych i pojawiania się w towarzystwie żon.

– Zmiany wprowadzono prawdopodobnie po to, by stworzyć rozpoznawalny i nowoczesny wizerunek nowego przywódcy, który przed 2010 rokiem był niemal nieznany za granicą. Publiczne pokazanie się jego żony ma więcej wspólnego z praktykami zachodnimi niż totalitarnymi, podobnie jak częste publiczne występy Gorbaczowa w towarzystwie dobrze ubranej Raisy były odejściem od sowieckich tradycji – ocenia Balázs Szalontai. Specjaliści od wizerunku z pewnością przyznają, że ładna kobieta u boku może dodać wiarygodności każdemu politykowi. Ale pokazywanie, że Kim Dzong Un jest miły i fajny wcale nie musi być rewolucyjną zmianą. Robert Dujarric, amerykański znawca Azji z Uniwersytetu Temple porównuje klan Kimów do królewskiego rodu. – Kim Il Sung był twórcą państwa, a propagandyści, jak to bywało w wypadku wielu królów, budując kult nowego wodza próbują użyć pierwszego władcy jako ikony – twierdzi. Być może tylko dlatego miły Kim Dzong Un ma być podobny do ciepłego Kim Il Sunga.

Jeszcze nie wszechwładny

W czerwcu tysiące kilkulatków, które przyjechały do Pjongjangu na huczne obchody rocznicy utworzenia Koreańskiego Związku Dzieci, ślubowało pilną naukę i wierność nowemu przywódcy. Podczas obchodów północnokoreański lider długo musiał nakłaniać ubranego w wojskowy mundur chłopca i dziewczynkę w pionierskim uniformie, by usiedli w jego obecności. Robert Dujarric: – Kult Kim Dzong Ila, który był następcą tamtejszego tronu przez długi czas, budowano stopniowo. Choć w wypadku obecnego Kima trzeba było zacząć prawie od zera, to jak wszyscy monarchowie z powodu swojego pochodzenia cieszy się on naturalnym szacunkiem – podkreśla. Mimo zauważonego przez eksperta szacunku poddanych, Kim Dzong Un nie ma wiedzy, którą miał jego ojciec, gdy obejmował władzę.

Kim Dzong Il najpierw przez dwie dekady uczył się panującego w kraju systemu skomplikowanych zależności zanim zaczął nim kierować, podczas gdy jego syn zdobywa doświadczenie zaledwie od kilku lat. Zdaniem Nicolasa Levi’ego uzyskanie pełni władzy może mu zająć kilka kolejnych. Teraz musi się nią dzielić z wpływowym wujem Dzang Song Tekiem i ciotką Kim Kyong Hui. Jak twierdzi Levi, klan odgrywa teraz większą rolę, niż wcześniej. – Na razie Kim Dzong Un nie jest wszechwładnym przywódcą portretowanym przez propagandystów – potwierdza Balázs Szalontai. – W interesie wpływowych kadr wojskowych i urzędniczych jest jednak prezentowanie obrazu stabilnego i zjednoczonego przywództwa, bo boją się, że jakakolwiek oznaka braku jedności zostałaby uznana za ich słabość – dodaje. Dlatego Kim Dzong Un jest prezentowany jako władca absolutny. Chociaż na razie nie ma to wiele wspólnego z prawdą, to z biegiem czasu może się to zmienić. – Kim Dzong Un nie jest pokorny – podkreśla Mieczysław Dedo, były polski ambasador w Korei Północnej. Jak dodaje, może on próbować forsowania własnych planów i reform.

Milczenie Pjongjangu

Rządy Kim Dzong Una faktycznie wydawały się być postępowe. Z Korei płynęły informacje o nowych inwestycjach i zmianach obyczajowych. Nowe parki rozrywki, postacie z kreskówek Disneya tańczące podczas państwowych pokazów i zniesienie zakazu jazdy na rowerze dla kobiet miały być dowodami otwarcia reżimu na świat. Niedawno w „The Pyongyang Times” po raz pierwszy pojawiły się reklamy, poinformowano też, że z głównego stołecznego placu usunięto niektóre symbole socjalistyczne.

Niestety wkrótce międzynarodowe organizacje zaczęły donosić o wzrastających cenach jedzenia i powiększającym się niedożywieniu. Słychać też dużo o ucieczkach z kraju. Chińczycy zabezpieczyli nawet swoją granicę drutem kolczastym pod napięciem, żeby powstrzymać koreańskich imigrantów szukających lepszego życia. Ri Sol Dzu, żona Kima, zniknęła nagle z mediów, a na początku października obywatelom przypomniano o zakazie kontaktów z turystami. Wszystko okazało się być teatrem. Rządzący północną Koreą nadal stoją jednak przed wyborem: czy zliberalizować gospodarkę i pogodzić się z utratą totalnej kontroli nad społeczeństwem, a może nie zmieniać nic i – tak jak dotychczas – stosując szantaż nuklearny nadal wymuszać międzynarodową pomoc gospodarczą?

W pierwszym wypadku reżim może upaść, w drugim ciągle będzie objęty sankcjami i narażony na ciągły kryzys. – Reformy są niemożliwe, bo otworzyłyby kraj na zewnętrzne wpływy, a to skończyłoby się wchłonięciem Północy przez Koreę Południową – twierdzi Robert Dujarric. Chociaż pewne zmiany chciano wprowadzić już dziesięć lat temu, to głównym efektem był wzrost cen i upadek wielu państwowych zakładów. Koreańczycy nie potrafią układać się ze światowymi mocarstwami, a reformy plus sankcje to bardzo złe połączenie. Klan Kimów w obliczu tego dylematu milczy, ale wie, że udana liberalizacja gospodarki oznacza także rozwój klasy średniej, czyli konkurencję dla rządzących. A na to nie może sobie pozwolić żaden totalitarny reżim, chyba, że chce przestać być totalitarny.

© Tomasz Augustyniak, 2012

Advertisements