Trzęsienie na Półwyspie

Trzęsienie ziemi, które Korea Północna wywołała swoim programem nuklearnym znowu może przejść bez wstrząsów wtórnych.

Pomnik w Pjongjangu

W sierpniu 2009 roku, po drugiej północnokoreańskiej próbie jądrowej, do Pjongjangu przyleciał były amerykański prezydent Bill Clinton. Oficjalnie miał doprowadzić do uwolnienia dwóch dziennikarek aresztowanych za nielegalne wkroczenie na terytorium kraju, ale jasne było, że próbował też mediować w sprawie nuklearnych zbrojeń. Kim Dzong Il wykorzystał wizytę propagandowo – z telewizji Koreańczycy dowiedzieli się, że Amerykanie wysłali Clintona, żeby złożył wodzowi hołd. W materiałach z wydarzenia pojawiło się zdjęcie polityków siedzących przed obrazem przedstawiającym fale rozbijające się o skały – symbol koreańskiej postawy niezłomnego oporu wobec zewnętrznego świata.

Cztery lata później Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna pokazuje, że niewiele robi sobie z wizyt choćby najświetniejszych mediatorów i mimo międzynarodowych lamentów – a może właśnie ze względu na nie – dalej będzie rozwijać program nuklearny. Północnokoreańska propaganda karmi obywateli hasłami o potężnym, rozkwitającym mocarstwie, szanowanym na arenie międzynarodowej, ale zagrożonym przez wrogie siły. Dlatego zwykli Koreańczycy są przekonani, że zeszłotygodniowy test to kolejny cios zadany przez ich niezależny kraj imperialistom. Północnokoreańskie media twierdzą, że rozwijanie broni masowego rażenia pozwoli zapewnić spokój i stabilność w regionie.

Po zeszłotygodniowej podziemnej próbie jądrowej, już trzeciej dokonanej przez władze w Pjongjangu, ośrodki sejsmiczne zarejestrowały wstrząsy o sile 4,9 stopnia w skali Richtera. Siłę eksplozji oszacowano na 6 do 10 kiloton trotylu. To kilka razy więcej, niż w wypadku pierwszej i dwa razy więcej, niż przy drugiej północnokoreańskiej próbie. Test jest sukcesem państwa Kimów – jako materiału rozszczepialnego po raz pierwszy prawdopodobnie użyto nie plutonu, ale wysoko wzbogaconego uranu, co umożliwia budowę większej liczby bomb. Północnokoreańscy wojskowi twierdzą też, że udało im się znacznie zminiaturyzować głowice, a to może w przyszłości pozwolić na umieszczanie ich w pociskach.

Posiadanie broni masowego rażenia to być albo nie być dla reżimu, który trwa tylko dzięki temu, że jest w stanie zagrozić światu. Chociaż krajem teoretycznie rządzi nowy przywódca, to nad programem nuklearnym czuwają generałowie, którzy kariery rozpoczęli jeszcze za czasów Kim Il Sunga. Minister obrony, 70-letni Kim Kyok Sik, prawdopodobnie inspirował potyczkę morską z siłami Korei Południowej w 2009 roku i dowodził ostrzałem artyleryjskim wyspy Yeonpyeong rok później. Zdaniem Nicolasa Levi’ego z Centrum Studiów Polska-Azja znaczącą rolę odgrywa też 82-letni O Kuk Ryol, wiceprzewodniczący Komisji Obrony Narodowej. To najbliżsi ludzie młodego Kima w armii. Un, podobnie, jak jego ojciec, chce żyć z wojskowymi jak najlepiej, bo dobrze wie, jak ważni są dla kraju. – Cywilne elity są zapewne bardziej świadome dyplomatycznych i ekonomicznych konsekwencji testu nuklearnego, ale ostatnie wydarzenia wskazują raczej na powrót do militaryzmu – mówi Balázs Szalontai z Uniwersytetu Kwangwoon w Seulu.

Za każdym razem, kiedy Kimowie prężą muskuły, społeczność międzynarodowa prawie jednomyślnie potępia ich program atomowy. Potem wszystko wraca jednak do punktu wyjścia, sankcje nic nie dają. Chiny – główny sprzymierzeniec i największy partner gospodarczy Korei Północnej, udzielający jej olbrzymiej pomocy – po raz kolejny wydają się tracić cierpliwość. Ale zmiana polityki wobec sąsiada byłaby dla nich niekorzystna. Nie życzą sobie ani napływu głodnych koreańskich uchodźców, ani obecności amerykańskich wojsk nad swoimi granicami. Jedna z chińskich rządowych gazet wezwała wprawdzie do zmniejszenia pomocy dla sojusznika, jeśli ten będzie kontynuować zbrojenia, ale wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że zaostrzanie sankcji nie spowoduje upadku reżimu, tylko sprawi, że stanie się on bardziej niebezpieczny. Konflikt na Półwyspie Koreańskim może załagodzić nowa prezydent Korei Południowej, która obejmie urząd w przyszłym tygodniu. Park Geun Hye zapowiedziała, że zerwie z prowadzoną wobec sąsiada czarno-białą polityką kija i marchewki.

Pozornie KRLD powoli się liberalizuje – na przykład władza częściowo uwolniła handel. Ale blokada dopływu informacji z zewnątrz sprawia, że mimo biedy kult wodza nadal jest powszechny. Z relacji uciekinierów z Północy wynika, że opuszczali kraj albo z głodu albo dlatego, że groziła im śmierć z powodów politycznych – bynajmniej nie utracili jednak wiary w ojczyznę i swojej miłości do Kima. Rozkład gospodarczy nie jest więc zagrożeniem dla rządzącego klanu Kimów, który woli się zbroić i ryzykować sankcje, niż liberalizować gospodarkę i inwestować w niewydolny system dystrybucji żywności. Pomoc żywnościową zawsze można przecież wymóc na państwach Zachodu w zamian za kolejną obietnicę wstrzymania prac nad programem nuklearnym. Świat jest w kropce, bo nawet gdyby zagłodził mieszkańców Korei Północnej, nie powstrzymałby rządowych zbrojeń. Dlatego właśnie kolejne trzęsienie ziemi na Półwyspie znowu nie pociągnie za sobą wstrząsów wtórnych.

Tekst powstał dla jednego z tygodników opinii
© Tomasz Augustyniak, 2013

Reklamy